Zaucha wstrząsnął posadami hotelu

Wiktoria Raczyńska
,

W niedzielę w hotelu „City” odbyły się przesłuchania do 6. edycji festiwalu „Serca Bicie” pamięci Andrzeja Zauchy, jazzmana, instrumentalisty oraz sportowca, tragicznie zmarłego ponad 20 lat temu. Jury w składzie Anna Niemiec-Mościcka, Piotr Dąbrowski oraz przewodniczący i pomysłodawca festiwalu Krzysztof Wolsztyński słuchało uczestników bez przerwy ponad osiem godzin, a kolejka wydawała się nie mieć końca.

Na przesłuchania zjechali młodzi ludzie z całej Polski – Gdyni, Katowic, Poznania, Warszawy. Region też nie zawiódł. Byli reprezentanci Szubina, Żnina, Ciechocinka. Zrobiło się też międzynarodowo, gdy na scenę wkroczyła Białorusinka oraz Polka urodzona w Nowym Jorku. W sumie przyjechało około 50 osób, niektórym w dotarciu do Bydgoszczy na przeszkodzie stanęła pogoda.

Jedni na przesłuchaniach pojawili się po raz pierwszy, dla innych to kolejne podejście. Jak sami mówili, wrócili po kilku latach, już doświadczeni, by zmazać blamaż z poprzedniego występu, gdy byli jeszcze zupełnymi „lajkonikami” – jak sami siebie nazywali. Niektórym na drodze poprzednich startów stanęła choroba lub inne zdarzenia losowe i nie mogli kontynuować swojego w nim udziału. Zależało im, aby wrócić. Dlaczego?

– Ten festiwal słynie już w Polsce z niepowtarzalnej atmosfery. Od pierwszego telefonu wszyscy są tacy serdeczni, wspierają – mówi Małgosia Bigaj. – Do tego dochodzą obowiązkowe warsztaty pod okiem profesjonalistów, co jest rzadkością. To ważne lekcje dla kogoś, kto nie ma jeszcze własnego repertuaru i dopiero raczkuje w tej branży. To też idealne miejsce dla początkujących piosenkarzy, jeszcze bez kontraktów, własnej płyty, gdzie jednak już trzeba dużo udowodnić, pokazać własną stylistykę, improwizować – uważa Małgosia.

Pojawili się zupełni amatorzy, jak i tacy, którzy poza obowiązkową piosenką Andrzeja Zauchy, drugi utwór zaśpiewali już z własnego repertuaru.

– Jestem tu, ponieważ lubię śpiewać, właściwie śpiew był pierwszy, a po nim dopiero aktorstwo – mówił nam krótko przed występem Dawid Kartaszewicz. – Traktuję jazz jako wyzwanie i wierzę, że tym razem się uda. Dwa lata temu zostałem odrzucony. Tym razem mam większą wiarę w swoje możliwości. Trzeba przecież wierzyć w swoją wyjątkowość. O to chodzi, gdy się startuje w takich festiwalach i chce się trafić w finale na deski Opery Nova.

Niektórzy robili na jury piorunujące wrażenie. Byli tacy, którym wystarczyło wykonanie piosenki bez akompaniamentu, a’capella. Było też i tak: na scenę wchodzi niepozorna dziewczynka, która do mikrofonu przedstawia się prawie szeptem, ale kiedy zaczyna śpiewać… – Dla takich chwil człowiek to robi. Młodzi, ambitni, kreatywni ludzie, którzy bezustannie mnie zaskakują nowymi, bardzo świadomymi interpretacjami niełatwych przecież utworów Zauchy – mówił po przesłuchaniach Krzysztof Wolsztyński.

– Mam 26 lat, miałam długą przerwę w śpiewaniu i właściwie uczę się na nowo od dwóch lat – mówiła po występie Nina Tygielska. – O festiwalu dowiedziałam się od znajomych, którzy bardzo cenili klimat, który tu się tworzy. W utworach, które zaśpiewałam, chciałam przede wszystkim znaleźć odniesienie do swoich własnych przeżyć. Przyjechałam się tu sprawdzić, zmotywować do dalszego działania, poznać nowych ludzi i wymienić z nimi doświadczenia.

– Ja już kiedyś poczułam smak półfinału, ale się rozchorowałam – wspomina Karolina Lipska. – Studiowałam tutaj, w Bydgoszczy, na wokalu jazzowym i poszła fama o festiwalu. Tym razem zaśpiewam „Wymyśliłam ciebie” właśnie w jazzowej aranżacji.

Czy kobiecie trudniej jest śpiewać Zauchę? – Nie. Myślę, że to wręcz szansa – uważa Karolina. – Gdy wybieramy utwór o kobiecie lub w oryginale śpiewany on jest przez kobietę, łatwo się z nią utożsamiamy, porównujemy oczywiste dla nas emocje czy wręcz naśladujemy. W tym przypadku jest to trudniejsze, dzięki czemu można stworzyć coś swojego, oryginalnego zarazem. Poza tym mam dużo temperamentu i patrzę na utwór Zauchy inaczej. No i marzy mi się duża scena.

Jury będzie miało trudny orzech do zgryzienia – jak co roku zresztą.

Reklama