Zaduma nad przemijaniem

Wiktoria Raczyńska
,

Dwa przedstawienia Duńskiego Teatru Tańca, jedno z 2005, drugie z 2014 roku wreszcie, po długich staraniach na deskach Opery Nova w Bydgoszczy. I warto było czekać, bo Tim Rushton stworzył jeden z najbardziej cenionych zespołów baletowych w Danii, a jego współczesne choreografie zachwycają recenzentów od ponad 20 lat. „Czarny diament” i „Kreda” zalśniły pełnym blaskiem – dosłownie.

Dosłownie, ponieważ w pierwszym przedstawieniu motywem przewodnim jest światło – nadzieja, która próbuje przebić się przez nieregularną strukturę scenografii do złudzenia przypominającej czarny diament – karbonado.

Pośrodku sceny spoczywa ciało, a jego puls sprawdza dwóch „strażników” ubranych w długie czarne jak smoła stroje. W pojedynczych, ale już niepokojących dźwiękach Philipa Glassa rozpoczyna się spektakl – udowadniający swoją wyższość ciała nad słowem.

Czarny diament” to myślenie konceptami – obrazami, bardziej niż spójna opowieść o dualizmie naszej egzystencji. Towarzyszą jej dźwięki skrzypiec Alexandra Balanescu, muzyka elektroniczna dj’a Trentemøllera oraz powtarzalna, minimalistyczna melodia Philipa Glassa. Wspólnie tworzą one kakofonię wyrazistych, ale jakby postrzępionych – rozedrganych i ostrych dźwięków, które następnie łączą się, aby razem stanowić już ciąg rytmicznie, a wręcz litycznie brzmiącej melodii.

Tłem do tańca staje się ogromna, wypełniająca całą scenę czarna ściana, o nieregularnych kształtach przywołująca obraz czarnego diamentu. Muzyka potęguje uczucie destrukcji, wywołane wybuchem wulkanu pozostawiającym za sobą jedynie pył i odłamki skalne. Tancerze w czarnych strojach wychodzą jakby ze ściany pokazując nam walkę życia i śmierci, dobra ze złem, światła i ciemności, wreszcie nadziei. W drugiej części ma się nieodparte wrażenie, że światło wygrywa – diament jakby się „rozpromienia” (światło: Jakob Bjerregaard), choć jego struktura pozostaje nienaruszona. Postaci pojawiają się w białych strojach przylegających ciasno do ciała, łącznie z głowami całkowicie zakrytymi materiałem. Jedna z nich chroni w dłoniach świecącą kulę – jakby cały wszechświat był w niej zamknięty. Tymczasem czarne „odłamki” wciąż próbują się przedrzeć… Z nieba sypie się srebrny pył.

Przygnębienie spowija widownię. To najbardziej subtelne odzwierciedlenie okrucieństw tej ziemi, i jednocześnie jasno (dosłownie) wybrzmiewającej nadziei w szerokim tego słowa znaczeniu. Taniec uwodzi swą zmysłowością, precyzją, nienaganną i nienachalną formą. Prostotą przy jednoczesnym zachowaniu skomplikowanych układów tanecznych.

„Kreda” jest za to jakby bardziej ascetyczna, ale niemniej przejmująca. Tym bardziej, że inspiracją do jej stworzenia była Biblia (Księga Koheleta; 3,1). Mowa jest tutaj o umierającym mężczyźnie, który w ostatnich tchnieniach przywołuje w pamięci najważniejsze momenty i postaci ze swojego życia. Jego powoli osuwające się ciało, kreśli na ścianie tytułowa kreda.

Jednym z największych atutów tego zespołu jest wręcz bezszelestny taniec, mimo, szczególnie u mężczyzn, muskularnej budowy ciała. Tim Rushton uwielbia zestawiać ze sobą ruchy nagłe, wymagające ogromnej siły wypływającej z wewnątrz ciała z delikatnymi, płynącymi w powietrzu powolnie, niespiesznie. Do tego włącza dźwięk, czasami całe sekwencje wypowiedzi, jak w przypadku „Kredy”: Jest czas by żyć i czas by umierać, jest czas by mówić i milczeć, jest czas na radość i smutek…”, albo głośnych oddechów, które nie pozostawiają odbiorcy obojętnym.

Wokół odchodzącego mężczyzny tancerze poruszają się w rytm „Musica Adventus”, suity rozpisanej na skrzypce łotewskiego kompozytora Peterisa Vasks’a. Jak duchy w szaro-bordowych strojach kreślą na podłodze i w powietrzu jego historię. Publiczność oczarowana jest melancholią, która prowadzi nas do samego końca tej przejmującej opowieści o przemijaniu i pogodzeniu się ze śmiercią, gdy na ciało mężczyzny z nieba spada piasek grzebiąc go w ziemi na zawsze.

zdjęcie: Costin Radu/Danish Dance Theatre

Reklama