Z Mozartem do łóżka

Wiktoria Raczyńska
,

Wojciech Adamczyk, reżyser „Wesela Figara”, które zainaugurowało XXIV Bydgoski Festiwal Operowy, mówił że stawia na tradycję. Ale to tylko pozory, bo wartka akcja i niebywale aktualne dialogi, to wciągają widza w świat rokokowego, rozpustnego życia dworu, to znów wyciągają na światło dzienne najbardziej wstydliwe miłosne męsko-damskie knowania, po usłyszeniu których miłośnicy opery dyskretnie wiercą się w swoich fotelach.

Jakże niewiarygodne wydaje się, że Wolfgang Amadeusz Mozart tę operę buffa napisał 231 lat temu. Ostatnią kropkę w partyturze „Wesela Figara” postawił dokładnie 29 kwietnia 1786 roku. Reżyser uprzedzał, że wykonań „Wesela…” było już na świecie tak wiele, że każda następna propozycja uwspółcześniania i, jak się wyraziła Maria Balcerek, kostiumolog, robienia z niego „Odysei kosmicznej 2017” byłaby już tylko powielaniem pomysłów. Na szczęście, jak to zwykle bywa z największymi dziełami, one bronią się same, a rolą jego realizatorów jest tylko dopilnować, aby orkiestra, soliści i chór tego odbioru nie popsuli.

Najbardziej ryzykowne wydawało się obstawienie „Wesela…”, zresztą zgodnie z tradycją, solistami bardzo młodego pokolenia. Co ciekawe, to właśnie ich świeżość, nieskalana jeszcze operowymi manierami studencka spontaniczność, pozwoliły przeprowadzić mozartowską, iście szelmowską miłosną intrygę w sposób, który bydgoska publiczność pokochała. Co rusz na sali dał się słyszeć wybuch gromkiego śmiechu mężczyzn, gdy na scenie soliści śpiewali o prawdziwej naturze dam i przyciszony chichot kobiet, gdy te na scenie odpowiadały na drobne przytyki panów. A to wszystko w scenerii Marceliny Początek-Kunikowskiej dopracowanej z zegarmistrzowską wręcz precyzją.

Już w pierwszym akcie od Bartola, sevillskiego lekarza i przyjaciela Marceliny, której Figaro w zamian za pożyczkę obiecał swego czasu zwrot długu, a co gorsza ożenek, w arii „La vendetta, oh, la vendetta!” dowiadujemy się, że „zemsta (…) jest rozkoszą dostępną mądrym. Zapomnieć zniewagi i obrazy jest rzeczą prostacką i nikczemną. Dokonać zemsty można tylko przebiegłością i przenikliwością, rozsądkiem… rozeznaniem…”. I tak Mozart wprowadza nas w świat intryg, które trudno opisać i za którymi trudno nadążyć, a tak często zdarzają się nam na co dzień.

A tę operę przecież właśnie dlatego tak dobrze się ogląda i jeszcze wnikliwiej słucha, bo skojarzeń z czasami, w których przyszło nam dzisiaj żyć, odnajdujemy w tym dziele bez liku. Pierwsze nieśmiałe jeszcze wybuchy śmiechu publiczności dają się słyszeć w scenie, w której podstarzała Marcelina przepycha się w drzwiach z Zuzanną, narzeczoną Figara, gdzie obie śpiewają „Via resti servita, madama brillante”, a następnie Zuzanna ripostuje „Uciekaj, stare czupiradło, przybierające zarozumiałe pozy tylko dlatego, że przeczytałaś ze dwie książki i dręczyłaś moją panią za czasów jej młodości”.

Jedną z najbardziej komicznych scen jest niewątpliwie ta, gdy Zuzanna mdleje, aby ukryć, że zanim do pokoju wszedł Hrabia Almaviva, ukryła pod sukienką na fotelu kochliwego Cherubina. Zarówno Hrabia, jak i Basilio, jej nauczyciel muzyki, który właśnie nadszedł, łapią mdlejącą Zuzannę, prześcigając się w kładzeniu głowy na jej piersi i sprawdzaniu czy serce jej bije miarowo „Ach, zemdlało biedactwo! Boże, jakże bije jej serce!”. I gdy po chwili Hrabia odkrywa Cherubina, a Basilio kwituje to krótkim „Wszystkie kobiety są takie same! Nic nowego pod słońcem!”, przez salę przebiega pierwszy złowieszczy pomruk, jakby protestu.

Trzeba przyznać, że tego dystansu i komiczności w postawie Zuzannie (Krystyna Nowak) nie brakuje. Brakuje za to odrobinę zwiewności i seksapilu, który podczas próby generalnej miała Marta Ustyniak, a którą miejmy nadzieję, dla porównania, zobaczymy kiedyś w tej roli. Figaro (Janusz Żak) z tej zawiłej fabuły, nagłych zwrotów akcji i w rezultacie odnalezienia rodziców, dawno utraconych w wyniku porwania, wywiązuje się doskonale, choć zdecydowanie zarówno on, jak i Zuzanna większej pewności siebie nabierają po przerwie, kiedy pierwsze emocje opadają – głosy stają się mocniejsze, bardziej wyraziste, w duetach i kwartetach z Hrabiną (Gabriela Kamińska) i Hrabią (Sławomir Kowalewski) brzmią niebywale przejmująco i wiarygodnie.

Sama Hrabina Rozyna doskonała jest właśnie w akcie III w arii „Dove sono i bei momenti”. „Gdzie są piękne chwile słodyczy i rozkoszy? Gdzie podziały się przysięgi, które kłamliwie składał? Dlaczego mimo że łzami i bólem wszystko się dla mnie skończyło, pamięć o tym szczęściu wciąż tkwi w mojej piersi?”. I trzeba przyznać, że to drugi taki moment, gdy słychać lekki szelest sukien wśród widowni. Wcześniej, jeszcze w akcie II, w fotel wbija rozmowa Hrabiny z Zuzanną, gdy ta żali się swojej garderobianie, że „ten okrutnik już jej nie kocha!”, na co Zuzanna zastanawia się, „dlaczego jest więc taki zazdrosny?”. Na co Hrabina, jakby patrząc mężczyznom na sali oskarżycielsko prosto w twarz, wyśpiewuje przy akompaniamencie klawesynu, że ten „jest podobny do wszystkich dzisiejszych mężów! Z zasady niewierny, z natury zmienny, a tylko przez dumę zazdrosny”. Pierwsze biją brawo panie. Robi się naprawdę komicznie.

Figaro, chcąc pomóc Hrabinie odzyskać utraconą miłość jej męża, przekonać się do stałości uczuć Zuzanny, pomagając nieroztropnemu Cherubinowi, którego Hrabia wysłał do służby do Sevilli, jednocześnie poszukując swoich arystokratycznych korzeni, przyjmuje na siebie niejeden cios – i to dosłownie. Najpierw obrywa od Zuzanny, która widzi go wtulonego w objęciach Marceliny, nie wiedząc, że ta okazuje się być jego matką, a Bartolo ojcem. Zastając ich tak krzyczy w jego stronę: „Wielki Boże, co za niewierność! Puść ją, draniu!”, a gdy ten próbuje jej wszystko wytłumaczyć, napotyka jej rękę na swoim policzku. „Tego posłuchaj” – krzyczy Zuzanna. W akcie IV, „chcąc pomścić wszystkich mężów”, ciosów przyjmuje już bez liku. Wściekły, swój gniew wyładowuje w arii „Aprite un po’ quegl’occhi”. „Otwórzcie oczy, mężczyźni nieostrożni i nierozsądni, spójrzcie na te kobiety, zobaczcie, czym one są. Okrzyknięte boginiami, gdy rozpalają wasze zmysły, otrzymujące hołdy składane przez otumanionych…” najpierw obrywa od Hrabiego, który chce uderzyć Cherubina, potem od Hrabiny, którą udaje Zuzanna, potem od Zuzanny, którą udaje Hrabina… – a może w odwrotnej kolejności – jak sami państwo widzą, fabuła jest niezwykle zagmatwana. Za to trzyma w napięciu do końca i „ten dzień cierpień, kaprysów i szaleństw, szczęściem i radością tylko miłość może zakończyć”.

Są też takie momenty w „Weselu Figara”, że mimo swojej wielowątkowości, można na chwilę przymknąć oczy, nic nie tracąc, a zyskać coś znacznie ważniejszego – czysty jak łza, ulotny jak szczęście, frywolny jak myśl, niedościgniony jak talent Mozarta – dźwięk. Maestro Marcin Sompoliński wraz z orkiestrą Opery Nova dokonał czegoś fantastycznego – opowiedział nam tę barokową telenowelę, bez „wielkopanieńskiego” zadęcia, bez rywalizacji dźwięku ze słowem, podpierając każdą emocję solistów i chóru odpowiednim instrumentem. Dzięki jego dyrygenckiej mądrości, Mozart współistniał na scenie, dając nam szansę docenić go na nowo w jego tradycyjnej (czy oby na pewno) postaci. A gdy się już oczy otworzyło i dostrzegło te przebogate złocenia, pikowane turkusem meble, malowidła zawierające „cytaty” z bukolicznego Watteau, frywolnego Fragonarda, zmysłowego Bouchera (Marcelina Początek-Kunikowska) i kostiumy – surduty, stroje myśliwskie, ukwiecone kapelusze z szarfami (Maria Balcerek) natychmiast na myśl przychodziło pytanie, ile pracy kosztowało ich przygotowanie. I mimo że przez takie przebogate i dopracowane stroje chór miał, choćby podczas fandango, utrudnione zadanie, to absolutnie nie było tego po nim widać i Zofia Rudnicka niepotrzebnie się tak martwiła.

To jedna z niewielu oper tak wiarygodnie zagranych teatralnie. I dowód na to, że opera komiczna nie musi wcale być archaiczna. Może wciągać, wzruszać, budować napięcie – w niektórych domach po jej obejrzeniu bardziej niż w innych. Może też moralizować, uczyć, grozić palcem… I wciąż nurtuje mnie pytanie, czy ja byłam bardziej na sztuce teatralnej otulonej muzyką Mozarta, czy na operze Mozarta z ciekawie poprowadzoną fabułą. Czy to zasługa Wojciecha Adamczyka, czy może samego Mozarta? I czy to w sumie ma znaczenie skoro było po prostu… pięknie.

Reklama