Wyobraźnia zamknięta w wielokącie

Wiktoria Raczyńska
,

– A ja wiem, co Pan teraz zrobi! – woła chłopiec na obrotowym krzesełku. – To co zrobię? – pyta tata Amelki. – Nie powiem, ale wiem – odpowiada maluch kradnąc show podczas premiery „Motyli” kanadyjskiej pisarki Marie Eve-Hout w reżyserii Emilii Piech.

Dzieci z rodzicami zaproszeni zostają do wewnątrz pomieszczenia składającego się z niezliczonej ilości obrotowych ścian. Gdy już wszyscy zajmują miejsca, ściany łączą się usidlając swoich gości na czerwonych krzesłach. Jakby tego było mało – tata Amelki otacza wszystkich szeroką, biało-czerwoną taśmą zapowiadając, że nikomu nie wolno tej przestrzeni naruszyć. To bardzo dobry zabieg, gdyż dzieci mają ten zwyczaj wstawania i podchodzenia do rzeczy, które je intrygują. Niektórzy i tak nie wytrzymują ekscytacji i wstają na swoich miejscach kurczowo trzymani za rączki przez mamy. Na ich twarzach maluje się zafascynowanie ilością odbieranych bodźców, chęć zrozumienia wszystkiego, o czym opowiada Amelka i jej tata, albo przynajmniej paląca potrzeba wyzbierania konfetti z podłogi.

Ściany są tu wielozadaniowe – na jednej wisi napis „Witaj szkoło”, inna służy do schowania potrzebnej później drabiny, a na jeszcze innej powieszono korkową tablicę z wycinkami z gazet i zdjęciami Amelii Earhart, słynnej pilotki, która samotnie pokonała Atlantyk (scenografia i kostiumy: Kaja Gawrońska, Sandra Stanisławczyk). Jej historia będzie też wzmocniona wizualnie licznymi zdjęciami i filmami wyświetlanymi z wiszących pod dachem hangaru w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 rzutnikach ustawionych względem siebie przeciwstawnie tak, aby obrazy pojawiały się jednoczenie po dwóch stronach (video: Agnieszka Mazurek). To po niej bohaterka naszego opowiadania otrzymuje imię, to nią zafascynowany jest ojciec dziecka. Dlaczego? Bo zawsze pragnął latać. Przepraszam – pilotować samolot. Latał służbowo, bo księgowi dużo latają, ale nigdy nie mógł zrealizować swojego marzenia,… miał lęk wysokości.

Michalina Rodak (Amelka) grając 11-latkę dużo podskakuje, tańczy, biega z wdziękiem typowym dla dziecka w tym wieku (do muzyki Filipa Zawady). Mali widzowie szybko dostrzegają w niej koleżankę ze szkolnego korytarza. Nie mogą oderwać od niej wzroku, tym bardziej, że ubrana jest w śmieszny, zapinany na przodzie kombinezon i góralskie kapcie – jak dzieci po wieczornej kąpieli (choć może już nie 11-letnie). Do tego świetnie naśladuje głos dziecka, czym jeszcze bardziej uwiarygadnia swoją postać. Mirosław Guzowski (jej tata) to również doskonały wybór. Bawiąc się z Amelką, to on właśnie wciąga do zabawy małych widzów, którzy po jego wygłupach, ośmielają się aż zanadto. Są momenty kontrolowane, gdy aktorzy specjalnie zadają dzieciom pytania, ale są też sytuacje, gdy te zachęcone – trudno powstrzymać od komentarzy na gorąco.

Tekst jest bardzo ciekawy, mnóstwo w nim odniesień do szkoły, do zabaw, wszystko opowiedziane jest z dużym poczuciem humoru. Wplecionych jest też sporo informacji o wynalazkach, lataniu i Amelii Earhart – momentami, mam wrażenie, za trudnych, jak na wiek małych odbiorców, ale to drobnostka przy tak fantastycznym spektaklu. Podobnie jest z podwójną rolą Mirosława Guzowskiego, który gra zarówno ojca, jak i Gienka z 4b – dzieci chyba nie do końca rozumieją retrospekcję, ale gdy ten jeszcze raz się przedstawia, milkną i słuchają dalej. Z nieskrywaną przyjemnością patrzy się na ich zachwycone buzie. Gdy Amelka przypadkiem, zgodnie ze swoim tekstem, mówi do ojca „Nuuuda!”, jedno z dzieci na widowni nie wytrzymuje i woła „Nie nuda!”. To chyba najlepsza recenzja trwającego 45 minut przedstawienia – dokładnie tyle, ile w szkole trwa lekcja.

Są też momenty smutne, jak złe sny Amelii, śmierć taty, mutyzm dziecka. Ważne w spektaklu są przede wszystkim relacje córki i ojca. Czas, który tata jej poświęca, opowiadanie bajek do poduchy, przekazywanie swoich pasji i przekonywanie, że nie ma rzeczy niemożliwych – motywacja, a nie demotywacja – to też lekcja dla rodziców. W konsternację dzieci wpadają tylko w chwili, gdy Amelia im przypomina, że jest niemową od czasu tragicznej śmierci taty – maluchy robią duże oczy, bo ona cały czas mówi – nie czują się przekonane. Starsze dzieci powinny zrozumieć. Na chwilę pojawia się również sama Amelia Earhart (Emilia Piech), aby pocieszyć dziewczynkę po stracie ojca – wręcza jej trzy baloniki (jeden mało nie trafia w moje ręce), choć mógłby… Amelkę ratuje tytułowy motyl. Dobrze, że przykre momenty trwają krótko, bo dzieci szybko wpadają w klimat, wychwytują i przejmują emocje.

Zakończenie spektaklu to kulminacja na miarę bajek Walta Disneya (inscenizacja: Łukasz Gajdzis) – ściany obracają się, bujamy w przestworzach, a na nas pruje prawdziwy samolot z tatą Amelki na jednym skrzydle i Amelią Earhart na drugim – dzieci, smagane dość porywistym wiatrem z dmuchaw, otwierają usta z zachwytu…

I tylko szkoda, że lekcja nie może tak wyglądać,… bo gdzie ja bym taki samolot zmieściła ;)

zdjęcie: Karolina Biedrowska, TPB

Reklama