Wściekłość: studium bezradności

Marek Tomaszewski
,

„Wściekłość”, sztuka austriackiej noblistki Elfriedy Jelinek, w reżyserii Mai Kleczewskiej, z którym przyjechał na Festiwal Prapremier Nie/Chcianych warszawski Teatr Powszechny, wpisała się w ideę tematycznej różnorodności festiwalu. Z pewnością jednak było to jedno z ciekawszych jego wydarzeń.

Cały spektakl rozgrywa się w kilku przestrzeniach. Jesteśmy w studiu TV Wściekłość. Nad sceną górują dwa olbrzymie telebimy – na jednym z nich widać program TVP Info, na drugim przewijają się obrazki z protestów, starć, walk, zamachów. W studiu dziennikarz rozmawia  z kibolem-nacjonalistą, fanatycznym pielgrzymem katolikiem i uchodźcą z Afryki. Każdemu daje prawo do wypowiedzenia swoich racji. Powoli dyskusja się zaostrza, przeradza w awanturę, nad którą prowadzący ją dziennikarz nie jest w stanie zapanować, jest bezradny, do czego sam się przyznaje. Pielgrzym katolik śpiewa „Barkę”.  – Już boję się zapytać, co pan nam zaśpiewa – mówi  dziennikarz do nacjonalisty. – Już nie trzeba nam nauczycieli, sami się nauczamy, nie trzeba nam obrońców, sami się obronimy, nie trzeba nami kierować, a wodzów też nam nie trzeba, jesteśmy wybrańcami. Tak się nazywamy, właśnie tak – wyśpiewuje swoje credo nacjonalista.

Jednocześnie na ekranie widać bazarowe handlarki rodem z Bułgarii opowiadające, jak dobrze im się żyje w Polsce.

Przedstawienie to rodzaj manifestu, składającego się ze scenek będących okazją do wykrzyczenia swojej nienawiści, ale także swojego strachu, bezradności wobec narastającej przemocy, agresji, terroryzmu, wobec radykałów czy kryzysu uchodźczego. Pokazania świata, w którym idee i religie się dewaluują, pożerane są przez kryzys.

W baseniku pod sceną topi się kobieta, inna przekazuje jej energię z zajęć jogi, by po chwili zażerać się hamburgerami, ociekającymi majonezem.

Europa to piękna operowa diva w czerwonej sukni, która „chce śpiewać tylko dla was”, która śpiewem przywołuje uchodźców. Jednak to tylko fasada, za którą nic już nie stoi, wielokrotnie „porywana i gwałcona”, gnije w środku, jak kawał mięsa, do którego namiętnie się przytula.

Jest modlitwa do Boga o pomszczenie krzywd, ale ten Bóg może być zarówno chrześcijański, jak i muzułmański. W tej modlitwie nie ma nienawiści, ale jest bezradność.

– Z tej wściekłości, jaką mam, nie potrafię już odróżnić, co jest czym i walę na oślep, zaślepienie to zresztą główny element wściekłości, problem w tym, że czasami nie da się go tak łatwo wywołać – mówi jeden z bohaterów przedstawienia Mai Kleczewskiej.

W tym mieści się rodzaj diagnozy, którą stawiają Jelinek w swojej sztuce i Kleczewska w spektaklu. Stajemy się ofiarami aktów terroru samozwańczych bojowników, którzy uważają, że zbawiają świat, bo takie dali sobie prawo, jak Breivik, który mierzy do publiczności z kałacha, wcześniej wykrzykuje, że ma obowiązek zabijać.

Elfriede Jelinek zaczęła pisać „Wściekłość” po ataku na redakcję „Charlie Hebdo” oraz po zabiciu czterech klientów sklepu z żywnością koszerną. Jak stwierdziła, mogłaby pisać „Wściekłość” w nieskończoność – ta sztuka to prognoza rzeczywistości, która trwa.

Symbolicznym tego wyrazem jest w przedstawieniu choćby… przerwa – jest, ale jej nie ma. Na scenie pojawia się aktorka z planszą z informacją, że jeżeli ktoś chce wyjść, to teraz jest najlepsza pora, ale na scenie nadal toczy się dyskusja, kurtyna nie opada. Wojna trwa, nie ma przerwy. To apel, aby nie zgadzać się na wszechogarniającą agresję, krzywdę – czas na opamiętanie. Bo w tej wojnie są ofiary – w holu Teatru Polskiego wywieszona była lista 23 tysięcy ludzi, którzy w niej zginęli.

zdjęcie: Natalia Kabanow

Reklama