Wejdź i rozgość się w Beyrouth Café

Wiktoria Raczyńska
,

Jest takie miejsce w Bydgoszczy, gdzie czas zwalnia i można go w całości poświęcić tylko tej drugiej osobie. Tak przytulnie, nienachalnie jest w kawiarni Beyrouth Café na Dworcowej 22. To miejsce zarówno dla freaka komputerowego, który przy grzanym winie(szczególnie zimą) chce trochę popracować z laptopem, jak i pary wpatrzonych w siebie zakochanych. Okazuje się, że nie tylko…

Gdy siedzimy przy barze, do kawiarni zaglądają dwie panie. Witają się z jednym z właścicieli, Karolem Kluczyńskim. Są już po imieniu. Zajrzały tu przed pracą, wpadły na kawę i krem pomidorowy. Gdy pytamy, co tak je przyciąga do Beyrouthu mówią, że bezkresne morze przyjemności – najczęściej wybierają ciasta i kawę.

– Krótko po otwarciu kawiarni jedna z klientek zdecydowała się wyprawić u nas wesele – mówi nam Karol. – Te panie to jej koleżanki, które zresztą zorganizowały jej też u nas wieczór panieński.

Jednak to niejedyne zaskoczenie, którego doświadczyliśmy podczas rozmowy. W Beyrouth Café często spotykają się również panie z Uniwersytetu Trzeciego Wieku i potrafią w środku tygodnia przesiadywać do 23.00. Szalone. Ale do tej kawiarni zaglądają nie tylko bydgoszczanie.

– Bardzo ważnymi klientkami są dla nas panie z ośrodka szkoleniowego NATO – podkreśla Karol. – Przyjaźń z nimi zaczęła się w dość zabawny sposób. Skończyłem filologię słowacką. Pewnego dnia trafiło do nas małżeństwo Słowaków i gdy usłyszałem, w jakim języku mówią, zacząłem rozmawiać z nimi po słowacku. W ten sposób jedna pani przyprowadziła drugą i nagle się okazało, że takich rodzin w Bydgoszczy jest dziewięć. I ruszyła lawina. Czeszka i Słowaczka przyprowadziły kolejnych gości, jeszcze inna Słowaczka Amerykankę. I to ona właśnie – pani Kelley Herrmann Kagele napisała o nas na swoim blogu „Never a Dull Day in Poland”. Potem pojawili się jeszcze Estończycy, Holenderka, kolejni Amerykanie i Rachel Adams, amerykańska siatkarka, która z Bydgoszczą się już pożegnała. I w ten sposób wszyscy myślą, że kawiarnię prowadzi Słowak – śmieje się.

Kawiarnia może się również pochwalić rekomendacją portalu holidaycheck oraz gastronauci. Która dla właścicieli (drugim jest Michał Popowski) jest ważniejsza – zagraniczna czy rodzima?

– Jedna i druga są dla nas istotne, ale z różnych powodów – mówi Karol. – Portal holidaycheck jest to portal międzynarodowy, ale to jednak na gastronautach można znaleźć najwięcej opinii na nasz temat. Dlatego jest on bardziej rzetelny, bardziej wiarygodny dla nas i przede wszystkim naszych klientów.

Najfajniejsze są sytuacje, gdy klient przyprowadza kolejnego potencjalnego klienta i ten wraca. Wraca do Beyrouth Café, gdzie znajdzie w menu ponad 40 różnych kaw, do tego herbaty i gorącą czekoladę, a nie wyrób czekoladopodobny, jak podkreślają w recenzjach klienci. A skąd nazwa?

– Nazwa wzięła się stąd – tłumaczy Karol – że chciałem parzyć kawę po arabsku. I uważam, że to był strzał w dziesiątkę. Ponieważ zdarza się, że przyjeżdżają do nas osoby, które piły tę kawę w wielu miejscach na świecie i uważają, że jest tak samo świetnie parzona. Nie ją najczęściej sprzedajemy, bo kobiety wolą jednak latte macchiato, ale mimo to wciąż jest jednym z naszych głównych produktów.

Magda Gessler by zadrżała na widok tak wielkiej ilości kaw i herbat, ale spojrzenie rozanielonych kobiet znad menu jest bezcenne. One po prostu cieszą się z tego, że mają tak wielki wybór napojów. A wspomnijmy tu jeszcze o winie czekoladowym, czy American Cookie Caffe. Goście czują się, jak to któryś nazwał, jak w serialu „Cheers”. Stąd nie dziwi, że menu rozrosło się do lekkich potraw obiadowych, bo klienci nie chcą się z tym miejscem rozstawać.

– Makaron pojawił się już w pierwszych miesiącach – opowiada Karol. – Polskie stare myślenie o kawiarni oznacza sernik, szarlotkę i kawę. My jesteśmy kawiarnią, ale w znaczeniu „Café”. I w tym sensie to może też być winiarnia, mała restauracyjka, mały pub. Fajne jest też to, że klienci zamawiają regularnie to samo – czyli smakuje. Biorą lasagne albo makaron penne w białej czekoladzie. Bardzo dużą popularnością cieszą się u nas bruschetty często nietypowe, bo z wędzonym łososiem i serem lazur.

A skąd pomysł, aby „Café” powstało na Dworcowej? – Mieszkając na Śląsku w czasie studiów i później, w sumie 10 lat, tęskniłem za Bydgoszczą. Najpierw myślałem o Długiej – przyznaje właściciel. – Kiedy się zorientowałem, jakie tam są pustki, szybko zmieniłem zdanie. Tutaj jest dużo więcej ludzi. Jak sobie usiądziesz przy szybie i zaczniesz liczyć, to w ciągu dnia dojdziesz od 8 do 15 tysięcy. W dużej części to ludzie, którzy idą na dworzec. Ale zawsze część z nich i tak zajrzy do ciebie.

Co było najtrudniejsze w pierwszych miesiącach? – Nie miałem szans na dofinansowanie, bo sam zrezygnowałem z pracy. Poza tym formalności z tym związane, czas oczekiwania, a w rezultacie porażka byłyby stratą czasu – uważa Karol. – Pierwszeństwo mają kobiety bezrobotne, osoby z małych miejscowości. Największym problemem dla nas było uzyskanie pozwoleń. Najgorsze jest to, że nie ma prostej ścieżki. Nic nie jest napisane od „a” do „z”. Nie ma przepisu, jak zrobić taką kawiarnię. Bo jak robisz kawiarnię w innym miejscu, to spotykasz się z innymi problemami.

Reklama