W samo południe w Lublinie

Wiktoria Raczyńska
,

Nie wiem z kim rozmawiali w lubelskich szkołach Anna Smolar i Michał Buszewicz, ale albo źle zadali pytania, albo wyciągnęli błędne wnioski. Jednym słowem zadanie domowe odrobili tylko w połowie. Szkoła bowiem jest dużo bardziej skomplikowana i wielopłaszczyznowa niż może się z pozoru, lub przekazów medialnych wydawać. A tyle ile mamy w niej dzieci, tyle różnych osobowości. Nauczycieli to też dotyczy.

„Kowboje” Anny Smolar, kolejny spektakl wystawiony w ramach Festiwalu Prapremier w Teatrze Polskim w Bydgoszczy to obraz tego, co dzieje się ponoć we współczesnej szkole i sięga w głąb świadomości belfrów – dosłownie – bo w pewnym momencie słyszymy niewypowiadane przez nich słowa, gdy sami podlegają ocenie. Mamy matematyczkę-heterę (Jolanta Rychłowska), która cieszy się, że obecne ministerstwo nie gmerało za bardzo w jej podstawie programowej, w przeciwieństwie do polskiego, czy historii, od którego gmerania w nich, nauczyciele dostają już pomału szału. Jest też i młody narybek w kowbojkach (Edyta Ostojak), który zdaniem matematyczki wypali się w dwa lata, a jej prochy będą jeszcze długo fruwać po budynku. Jest i zmęczony zarówno szkołą, jak i życiem geograf (Daniel Dobosz) – ofiara losu, który już tylko modli się, aby ktoś skrócił jego męczarnie i go zwolnił. Jemu brakuje do tego odwagi. Mamy i samego dyrektora (Maciej Grubich), którego ranga została skrócona do w-f-iarskich spodenek. Dyrektor – już-nie-kolega szanownego ciała pedagogicznego, uniżony sługa kuratorium. Dostało się też rodzicom (Przemysław Gąsiorowicz) – chyba najbardziej wciągający monolog do córki (Justyna Janowska), uwiązanej liną do szkoły. Córki oczywiście z problemami z dyscypliną i negacją autorytetów.

Obraz jest oczywiście przerysowany i komiczny, choć śmiać się w sumie nie ma z czego. Zamysł spektaklu powstał na długo przed strajkiem nauczycieli, ale jak się okazało sztuka przegoniła rzeczywistość. I gdy ta część, która trwa do pożaru szkoły, mogłaby uchodzić jeszcze za ciekawą, bo na pewno doskonale zagraną (tekst: Michał Buszewicz), tak druga nuży niemiłosiernie…

Czy faktycznie mamy takich nauczycieli – oczywiście i to się chyba nigdy nie zmieni. Oni przetrwają każdą władzę. Heterę wykończyć mogą jedynie nowoczesne technologie, bo wiadomo, że to beton. Mówi się, że facet, który pracuje w szkole to nie facet, ale coraz częściej pojawiają się i błyskotliwe ciacha. Choć zdarzyło mi się usłyszeć kiedyś od kolegi, że on nie jest informatykiem tylko nauczycielem informatyki… Ten akurat wypowiedzią nie błysnął. Wuefiści to dzisiaj często byli mistrzowie Polski, Europy czy świata w różnych dyscyplinach – kajakach, siatkówce, judo, fitness. Jednym słowem wszyscy dwoją się i troją, aby lekcje były ciekawe, bo nikt tak nie podlega ocenie jak oni. Przez dziecko, rodzica, zazdrosną koleżankę po fachu, dyrektora, kuratorium… I faktycznie przedstawiciel kuratorium wyłania się w spektaklu, w postaci Sonii Roszczuk nawiedzonej szamanki, niosącej kaganek oświaty, a raczej pióropusz.

Niestety, co do reszty, mam wrażenie, że bez „wizytacji” w lubelskich szkołach efekt byłby taki sam. Postaci zbudowane bardziej jakby na stereotypach znanych od lat, niż na pogłębionej analizie. No chyba, że tam w Lublinie tak mają – wciąż tkwią w latach 90. Podobnie skrzywdzony został uczeń – nauczyciele dzisiaj bardziej borykać się muszą z gówniarzem o przerośniętej ambicji rodziców, dla którego piątka to dramat i szlaban na gry komputerowe w domu, niż dzieckiem -buntownikiem, bo już zwyczajnie buntowników nie ma. Najpierw musiałoby im się w ogóle chcieć… Poziom edukacji spada. Kiedyś to, za co współczesny uczeń dostaje szóstkę było wymagane na trzy z plusem i nikt się nie skarżył, doceniał. Dzisiaj dziecko mówi nauczycielowi prosto w twarz, „jak to tylko cztery, przecież uczyłem się aż pół godziny”. Temat zupełnie niezauważony. A szkoda.

Z frustracją też już dawno nauczyciele zaczęli sobie radzić sami, bo niby kto miał im w tym ulżyć i nadejść z odsieczą? A i zakładam, że złośliwości koleżeńskich jest tyle samo, co i w innych zawodach. Jak słucham czasami korporacyjnych ploteczek, to pokój nauczycielski się nie umywa. A agresja wśród uczniów – chłopacy jak zawsze, jak się nawet pobiją, to zaraz sztama i wspólny wypad po szkole na piłkę, u dziewczyn odwrotnie – foch forever (czyli klasycznie jakieś trzy miesiące). Też norma. Ktoś słyszał o próbach samobójczych wśród nauczycieli?! A wśród bankowców? A widzicie. Zgoda. Wypalenie zawodowe się zdarza, jak u naszego geografa, ale po urlopie zdrowotnym, taki nauczyciel zazwyczaj wraca jak młody bóg, z bateryjką Energizera nie powiem gdzie… i znowu tyra.

Najbardziej jednak boli dość infantylna wizja budowania szkoły na zgliszczach – odrodzenia, powstania z popiołów i do tego pod warunkiem, że wszyscy przyznają zwyczajnie, że są piękni. Szkoły nie trzeba puścić z dymem, aby się zmieniła, bo to już się dzieje i to szybciej niż nam się wydaje. Większość nauczycieli podąża z duchem czasu i nie ma z tym problemu, tablice interaktywne, laboratoria w salach, stacje dydaktyczne, pokończone dwa i więcej kierunków, klasy dwujęzyczne, nowe przedmioty z godzin dyrektorskich. To staje się powoli normą. Aby przygotować dziecko do obecnych wymogów rynku pracy, trzeba zacząć już na poziomie szkoły podstawowej. I oni o tym wiedzą. Mam nadzieję, że w Lublinie też.

zdjęcie: Natalia Kabanow

Reklama