W nie/oczywisty sposób o wolności i patriotyzmie

Wiktoria Raczyńska
,

W sumie do konkursu festiwalu Prapremier w Teatrze Polskim w Bydgoszczy stanęło 11 spektakli. Ponadto odbyło się tyleż spotkań z twórcami, dwa spektakle dla dzieci, dwie debaty – o kobietach w teatrze i teatralnych konstrukcjach upamiętnienia, w tym o powinności teatru. Miało miejsce również jedno czytanie performatywne, warsztaty z nie/podległości i trzy koncerty. Człowiek dostał porządną lekcję historii i przewartościowania postaw.

„Pod Presją” Mai Kleczewskiej okazało się dla festiwalu doskonałym rozpoczęciem, z niezwykłą rolą Sandry Korzeniak, która zresztą otrzymała wraz z całym zespołem aktorskim nagrodę za „kreację zbiorową umożliwiającą stworzenie nieoczywistego, intymnego portretu psychologicznego bohaterki”. Rola Korzeniak jest oszałamiająca, wielowymiarowa, dająca wiele do myślenia widzom opuszczającym teatr. To spektakl o straconych złudzeniach. Przygnębia, zmusza do refleksji. Jest nieoczywisty zarówno w swojej strukturze, jak i odbiorze.

Kolejnym spektaklem była premiera teatru – organizatora festiwalu „Sprawa. Dzieje się dziś”, w którym reżyserka Martyna Majewska wskrzesza pierwszy polski feministyczny tekst Marii Morozowicz-Szczepkowskiej wskazując jak bardzo język, którym w 1933 roku mówiono o aborcji jest podobny do współczesnego i jak niewiele się w tej kwestii zmieniło. Zagrało go trio aktorek bardzo charyzmatycznych, indywidualistek, z których każda nosi w sobie bagaż innych doświadczeń, opowiedzianych w spektaklu, w formie dygresji (pęknięć). Małgorzata Witkowska za swoją kreację zdobywa, absolutnie zasłużone, wyróżnienie jury konkursu.

Kolejnym spektaklem jest „1946” Remigiusza Brzyka, który mógłby się wydawać „odległym” dla bydgoskiego odbiorcy ponieważ dotyczy wydarzeń rozgrywających się w tytułowym roku w Kielcach, w kamienicy przy ul. Planty 7. W wyniku plotki o porwaniu i uwięzieniu przez Żydów w piwnicy budynku ośmioletniego chłopca – Henryka Błaszczyka, w celu dokonania na nim mordu rytualnego, ginie 40 osób – mężczyzn, kobiet i dzieci, wśród nich jest również przewodniczący Komitetu Żydowskiego, doktor Seweryn Kahane. Publiczność zgromadzona w Teatrze Polskim słucha jednak z przejęciem i w hipnotyzującym milczeniu. Stajemy się uczestnikami wycieczki po wspomnianej kamienicy, ale z czasem na scenę wkraczają ciała ofiar wzmocnione archiwalnymi zdjęciami z pogromu. Ludzie z roztrzaskanymi tępym narzędziem czaszkami, zamordowani od postrzału, kobiety, miesięczne dziecko, nastolatkowie, którym udało się przeżyć nominowanie do gazu w Auschwitz. Oni wszyscy cieszyli się już na wyjazd do Izraela. Sceny ze szpitala, gdzie lekarze nie nadążają z liczeniem ofiar schodzących im na stołach operacyjnych wbijają nas w fotele, przeraża barbarzyństwo naszych przodków.

„Koniec miłości” Pascala Ramberta, którego premiera odbyła się w Teatrze Polskim niedawno, jest popisem aktorskim Katarzyny Herman i Juliusza Chrząstowskiego, którzy udowadniają, że dobra gra nie wymaga żadnych praktycznie sztuczek video, trudno też mówić o konkretnej scenografii. To obraz samotności w związku, w którym komunikacja zawodzi, hipokryzji i siły charakteru. To też wizja degenerujących relacji międzyludzkich w ogóle – różnic w postrzeganiu otaczającego świata przez mężczyzn i kobiety. Jakby ich porozumienie z założenia było niemożliwe. Ciekawe studium psychologiczne.

Dzień później powracamy do tematu antysemityzmu, ale już w Polsce z 1968 roku. „Zapiski z wygnania” Magdy Umer to miażdżący popis Krystyny Jandy, wcielającej się w postać Sabiny Baral, Żydówki uciekającej z rodzicami z Polski. Janda stopniuje emocje, buduje napięcie po mistrzowsku, przerywając monolog piosenkami, aby na końcu zadać nam, siedzącym na widowni, pytanie prosto w twarz o Polskę dzisiaj. Ów pytanie kończy filmem dokumentalnym z marszu narodowców. Antysemityzm jest wciąż żywy – agresywny i niebezpieczny. I defiluje naszymi ulicami za przyzwoleniem władzy. Jury festiwalu przyznaje Krystynie Jandzie nagrodę za kreację, która „przywraca sens i powagę obywatelskiemu zaangażowaniu artysty w sprawy publiczne”. Ciekawa jest tu też forma prezentacji – aktorka stoi na scenie za kotarą, na której, jak hologram, w ogromnym powiększeniu patrzy na nas jej twarz. Tylko twarz…, ale to już twarz Baral. Resztę, także fortepian i muzyków, skrywa czerń.

„Mefisto” Agnieszki Błońskiej jest spektaklem dużo bardziej odprężającym, ale niepozbawionym goryczy. Dramatu samego aktora, który musi grać póki kurtyna w górze, póki ludzie chcą go oglądać, a teatr zatrudniać, mimo że nie zawsze grana przez niego postać zgadza się ideologicznie z jego poglądami. Nie zmienia to faktu, że wielu aktorów nosi na swoich barkach wielkie role. To w dużej mierze teatralna spowiedź po „Klątwie”, ale jej wydźwięk i kontekst jest znacznie szerszy. Choć ubrana w błyskotliwy, niezwykle kąśliwy, pełen autoironii tekst, traktuje o dość marnej kondycji aktora we współczesnym świecie… Fantastyczna gra aktorów powszechnego.

Z „Żabami” Michała Borczucha mam niemały problem. Bo tekst (Tomasz Śpiewak) oparty na fragmentach komedii greckich Arystofanesa, powieści „Kurtyzana i pisklęta” oraz improwizacji jest doskonały. Ciekawe ile prawdy jest w tym, co o swoim życiu opowiadają sami aktorzy – weźmy choćby Jana Sobolewskiego, który za swoją postać otrzymuje wyróżnienie. Problem mam z formą – przewlekła, zbyt wielowątkowa, myląca tropy, za dużo tematów w tematach i sposobów ich przedstawienia. Jest mowa o nieprzystosowaniu do życia i uczeniu się jak żyć, o dojrzewaniu i seksualności, o intymności w związku (zarówno hetero-, jak i homoseksualnym) z drugim człowiekiem. Opowieść nie zazębia się, choć ktoś pewnie zauważy, że wcale nie musi. Ostatecznie widzowie wychodzą w trakcie z miną, „ale o co chodzi”. Szkoda.

I na zakończenie – walka na poduszki. Bo oto stoi przed nami ponownie Józef Bem w spektaklu muzycznym „Bem! Powrót Człowieka-Armaty” w reżyserii Michała Walczaka przedstawiając trochę biograficzną wizję swojej przeszłości i trochę ironiczną wizję naszej przyszłości. Serwując nam odrobinę sarkazmu i prześmiewczego dystansu do bohaterów, a jednocześnie dużą dawkę zadumy nad patriotyzmem i stosunkiem do uchodźców. Bem – muzułmanin radzi nam przejść na Islam. Tylko patrzeć, jak ktoś w oburzeniu opuści spektakl. Tymczasem ludzie dobrze się bawią, po prostu. A na końcu dostają poduszką w twarz. Zbudź się Polsko – wydają się wołać aktorzy połączonych teatrów z Kielc już tak zupełnie serio.

„Uchodź! Kursu uciekania dla początkujących”, „Cezary idzie na wojnę” oraz „2118. Karasińskiej” szczerze wyznam – nie widziałam, stąd nie mam zdania. A szkoda, bo ten pierwszy otrzymał wyróżnienie za „bezpretensjonalny dialog na temat polskości, jej mitów i kondycji, prowadzony z szacunkiem dla przeszłości i teraźniejszości przez dramatopisarza i polsko-irański zespół spektaklu”, a twórcy „Cezary idzie na wojnę” wyjechali z nagrodą główną za „udaną próbę stworzenia oryginalnej formy teatralnej i wykorzystanie jej do podjęcia dyskusji z tradycyjnym modelem męskości”.

Na pewno żegnam się z tym festiwalem ze świadomością, że mnie zmienił. Zmusił do odkopania w sobie poglądów, które wtłoczona w pewien system, uśpiłam, zakładając, że skoro nie da się go zmienić, to trzeba przesunąć zwrotnicę. Przewartościował też mój patriotyzm, choć za patriotkę zawsze się uważałam. Nie zagłębiając się nigdy tak bardzo w historię Żydów w Polsce, w wielkiej zadumie słuchałam o pogromie kieleckim, czy ich ucieczce w 1968. Wróciła pokora do wielu spraw. Zastanawiam się jaką chcę być od dzisiaj matką, żoną, Polką. Jaka jest moja odpowiedzialność za słowa i czyny i za to, jak zapamięta mnie to pokolenie…

To był udany festiwal, bo taki nie/oczywisty.

zdjęcie: Filip Trzaskowski, TPB

Reklama