Tyle jest Australii, ilu podróżników

Wiktoria Raczyńska
,

Z Lechem Olszewskim, prezesem Klubu Miłośników Australii i Oceanii, który ma swoją siedzibę przy placu Kościeleckich 8 i w tym roku obchodzi 30-lecie swojego istnienia, rozmawiamy o tym, jak na przestrzeni lat zmieniał się ten kraj, a my wraz z nim.

Jak to się stało, że już tyle lat temu narodziła się u Państwa miłość do tak odległego kraju?

Klub powstał z marzeń. Faktycznie, 30 lat temu myślenie o Australii było zupełnie inne niż dzisiaj. Nasz założyciel, a dzisiaj prezes honorowy, Roman Malinowski, będący wtedy szefem klubu kultury Belma przy ulicy Grunwaldzkiej, wpadł na pomysł założenia klubu, choćby dlatego, że od dziecka marzył o Australii. Miał tam rodzinę z czasów emigracji powojennej i regularnie otrzymywał pocztówki z kangurem czy misiem koala, które strasznie go kusiły. Te marzenia tak go od chłopięcych lat trzymały. Skoro pracował w kulturze, postanowił skupić ludzi wokół tego tematu. I tak w styczniu 1984 roku odbyło się pierwsze spotkanie. To był czas, gdy wiele naszych rodzin dopiero co wyjechało do Australii, a my bardzo mało wiedzieliśmy wtedy o tym kraju. Pamiętam pierwszy film przywieziony z ambasady Australii – o górnictwie – gdzie widać skaczącego kangura. Wszyscy mieli oczy szeroko otwarte. Dzisiaj na szczęście te 1000 dolarów amerykańskich za samolot to nie jest te same 1000 dolarów, które trzeba było również wtedy zapłacić za bilet. Niewielu ludzi mogło sobie pozwolić, aby taką Australię odwiedzić. My wiele lat żyliśmy tymi marzeniami i poznawaliśmy ten kraj właśnie dzięki klubowi. To wciąż jednak tak odległy i tak inny ląd, że do dzisiaj wiele osób z zaciekawieniem przychodzi na nasze cykliczne spotkania.

Ile czasu upłynęło od powstania klubu do waszego pierwszego wyjazdu?

SONY DSCTaką pierwszą turystyczną wyprawę klub zorganizował dopiero w 1997 roku. Mimo że już wtedy te realia były inne, lepsze, wyprawa nie była tania. Nawet dzisiaj Australia należy do najdroższych państw. Wtedy nawet założyciel Roman Malinowski nie wierzył, że ta wyprawa się do końca uda. Była próba zorganizowania podróży już wcześniej, ale przypadło to na okres przemian w Polsce i nie wypaliło. Potem na szczęście to się na tyle zmieniło, że tę wyprawę można było oprzeć o dużą pomoc polonijną. Koszty były mniejsze. Dzięki tej wizycie wcześniej nawiązane różnymi drogami znajomości i przyjaźnie z osobami tam mieszkającymi się skonkretyzowały, nabrały realnego wymiaru. Kolejne wyprawy zaczęliśmy więc tak modelować, aby mimo wspólnego planu, każdy mógł ponownie kogoś bliskiego tam odwiedzić. Może zbyt nonszalancko nazywam to wyprawą, bo ona taka się staje, gdy coś pokonujemy, ale jednak wyjazd w tamten rejon na miesiąc, dwa to jest jednak wyprawa. Bo poza kosztami przelotu, to jest zwiedzanie, spotkania z Polonią, odwiedzimy w rodzinach.

Jakie atrakcje przewidzieliście dla bydgoszczan na obchody 30-lecia klubu?

Staramy się wyjść z propozycją dla każdej grupy wiekowej. Zostanie ogłoszony konkurs plastyczny dla szkół podstawowych, dla gimnazjalistów będzie to prezentacja tej części świata. Organizujemy to wspólnie z Miejskim Centrum Kultury. Chcemy przeprowadzić też ogólnopolski konkurs gry na didgeridoo. Nagrodą za pierwsze miejsce ma być bilet do Australii. Chcemy zrobić również wspólnie z MCK przegląd filmów australijskich – co najmniej sześć seansów. Będzie też, jak co roku, dużo wystaw, spotkań. To są główne punkty programu, które przygotowujemy na październik. Chcielibyśmy też zaprosić ambasadorów Australii i Nowej Zelandii. Z panią ambasador Australii, która pełni tę funkcję również na Słowacji i Ukrainie, mimo bardzo dobrych stosunków, nie jesteśmy w stanie, ze względu na niestabilną sytuację u naszych wschodnich sąsiadów, ustalić konkretnego terminu, ale pracujemy nad tym.

Karolina Sypniewska i Paweł Wida przed festiwalem „Podróżnicy”, podczas którego Pan również ma prezentację o Tasmanii podkreślali, że Australia jest obecnie dużo bardziej otwarta na Europejczyków. Zgodzi się Pan z nimi?

SONY DSCNie do końca. Australijczycy zawsze byli bardzo otwarci, szczególnie na turystów – oni są ważną gałęzią ich przemysłu. To jest biznes. Prywatnie również są bardzo otwarci, jako nacja. Dawno, w poprzednim systemie politycznym, kiedy zaczynaliśmy swoją działalność, ambasada Australii miała dużo większe środki na propagowanie informacji o tym kraju u nas w Polsce. To mogło wydawać się bez sensu, skoro nie mieliśmy pieniędzy, aby tam jechać. A teraz mamy pieniądze, a ambasada z kolei ma dużo mniejsze fundusze. Kiedyś było takie stanowisko w ambasadzie jak attaché do spraw kulturalnych. Od wielu lat takie stanowisko nie istnieje. To jest związane z polityką Australii. Czyli raczej otwarcie się na Azję. Mają tam o wiele bliżej i tam właśnie robią biznes. Oczywiście, w ich mentalności jest ta brytyjskość. Kiedyś, te 30 lat temu, była wręcz polityka białej Australii. Po prostu nie wpuszczano osób innego koloru skóry. Spotkać tam Afroamerykanina było bardzo trudno. Dla Australijczyka być w Europie oznaczało być w Anglii. To się zmienia. Ale głównie to obecnie są ludzie ze strefy azjatyckiej, bardzo prężnie działający w tym kraju, dbający o wykształcenie, nie tylko własne, ale i całej rodziny, odgrywający coraz większą role w życiu społecznym. Azjata zrobi wszystko, aby wybić się w kraju, do którego przyjeżdża – w medycynie, prawie. Nie ma dywersyfikacji usług, co prawda, oni nadal robią biznes z Europą, ale nawet chociażby doświadczenia II wojny światowej nauczyły ich, że nie można liczyć tylko na Anglię, bo ona im nie pomoże, stąd sojusze wojskowe i polityczne z USA dla zapewnienia sobie gwarancji bezpieczeństwa. Bardzo racjonalnie i stanowczo podchodzą również do muzułmanów. Umiejętnie rozdzielają kwestie światopoglądowe od religijnych, tak, aby oni nie narzucali im swojej religii i aby nie rodziło to konfliktów.

Co Pana najbardziej zaskakuje w tym kraju?

Na pewno przyroda. Tego nie da się opisać. Przestrzeń. Odległości. Wielkość miast, chociażby. Powierzchnia Melbourne to jest połowa województwa kujawsko-pomorskiego, czyli można sobie jechać do kolegi na kawę, a przejechać 80 kilometrów. Na pewno to, że 80 procent ludzi mieszka we własnych domach. To też jest wyznacznikiem rozpiętości miast. Otwartość ludzi to rzecz oczywista, co podkreślałem wielokrotnie podczas naszej rozmowy. Profesor Zubrzycki, twórca idei wielokulturowości Australii uważał, że nie ma jednej Australii. Tyle jest Australii, ile jest osób odwiedzających ten kraj. Każdy będzie mówił swoją prawdę o Australii i ona zawsze będzie prawdziwa. Ona będzie po prostu jego wersją prawdy. Można szukać wspólnych mianowników, ale opowiedziana przeze mnie historia o tym kraju będzie tylko moją perspektywą, człowieka, który przyjeżdża tam na dwa miesiące, nie zagłębia się tak bardzo, któremu praktycznie wszystko się podoba. My i tak dziś naprawdę jesteśmy bliżej świata niż te 30 lat temu. Ta Australia, mimo że daleka, robi się coraz bliższa. Choć nadal jest na końcu świata, nadal kusi i jest niezwykle ciekawa.

zdjęcia dzięki uprzejmości prezesa Klubu Miłośników Australii i Oceanii Lecha Olszewskiego

Reklama