Ten Falstaff śmieje się ostatni

Wiktoria Raczyńska
,

Są reżyserzy, którzy twierdzą, że wielkiemu dziełu należy się szacunek i kombinują naokoło jak zachować oryginał, zmieniając wszystko inne. Publiczność widząc ten „wysiłek” docenia lub nie, w zależności od gustów. Maciej Prus, reżyser teatralny i wielki miłośnik opery właśnie zrobił odwrotnie, można by rzec, dokonał „gwałtu” na szekspirowskim Falstaffie. A wszystko to na oczach zachwyconej bydgoskiej publiczności Opery Nova w Bydgoszczy.

Są reżyserzy, którzy przenoszą dzieła w inne czasy, dekonstruują, zmieniają chronologię, niwelują znaczenie jednych scen, na korzyść innych, kluczowych lub nic nie znaczących – ocena ponownie zależy od gustów odbiorców. Efekt zazwyczaj bywa opłakany.

Tymczasem Maciej Prus wymyślił sobie zupełnie nową postać, a wręcz postaci ostatniej komedii Giuseppe Verdiego, sir Johna Falstaffa wdzierając się tym samym do samego serca libretta Arrigo Boito. Zarówno Verdi, jak i Prus udowadniają, że osiemdziesięciolatek rubasznie o schyłku swojego życia nie tylko może myśleć, ale i ma do tego prawo. Choć Prus odmładza Falstaffa niemiłosiernie, przez co epitety rzucane co rusz pod jego adresem, o starości, otyłości, ofluństwu brzmią co najmniej niedorzecznie, to jednak opera ta broni się każdym detalem.

Dużo bardziej wiarygodnie ogląda się bowiem, flirtującego (postarzając z kolei Łukasza Golińskiego) jako około 50-letniego Falstaffa, niż mocno posiwiałego otyłego moczymordę, kompana od kielicha, odtrąconego przez Henryka V. Falstaff, jak to opisywał kwieciście Maciej Prus przed premierą, jednej poduszki na brzuchu i kolejnych dwóch na tyłku nosić nie musi, bo która dama czas poświęciłaby na takie zaloty? A na Golińskiego można. Oj, można.

Takie zaloty z Alice (Magdalena Polkowska) i Meg (Małgorzata Grela) też stają się znacznie atrakcyjniejszym obrazkiem, gdy i im ubywa lat. Alice w ognistej czerwieni wygląda zjawiskowo. Co ciekawe, wtóruje jej wcale nie Meg, a pani Quickly (Małgorzata Ratajczak) w swoim fiolecie. To one dwie, intensywne i żarliwe brylują na deskach i schodach (ciekawe przeniesienie obrazu na boczne nawy) sceny, gdy tymczasem Meg i Nannetta (Aleksandra Wiwała) pozostają gdzieś w tle. Podobnie Fenton (Łukasz Załęski). Za to w kwartetach i oktetach z Fordem (Sławomir Kowalewski), Bardolfem (Szymon Rona), Pistolem (Jacek Greszta) i Dr. Caiusem brzmią już wszyscy fantastycznie.

Prus pewną ręką prowadzi Falstaffa w otchłań miłosnej porażki, i to bolesnej – dosłownie, którą po II akcie przerywa… urwany oddech publiczności, gdy ten, zamknięty w koszu na bieliznę spada do orkiestronu. Najbardziej komiczna scena przedstawienia, komizm sytuacyjny, a nie postaci o dziwo! Orkiestra Opery Nova pod batutą Piotra Wajraka bawi się w tym momencie wyśmienicie. Bo reszta już taka zabawna nie jest. To morderczy wręcz pęd za każdym taktem, który nie może być ani spóźniony, ani naddany nerwowo. To wielkie dzieło, i z wielką pieczołowitością zagrane być musi. Takiej subtelności w tańcu smyczków, flircie fletów, czy fontannie emocji harfy dawno nie słyszałam, a Wajrak emocjonalnym dyrygentem jest. Zazwyczaj szaleje na swym podeście, gdy tymczasem tutaj wykazuje się wyczuciem chirurga plastycznego, który faktycznie na naszych oczach starca przemienia w don juana, a Falstaffa w fantastyczną komedię omyłek.

To już nie pierwszy raz, gdy Opera Nova w Bydgoszczy pokazuje coś na podobieństwo filmu-opery. Bo w takim tempie mknie muzyka, bo tak pędzi akcja, bo scena, jak klatki filmowe, „klika” podnosząc się, to opadając – czuć (dosłownie) efekty wakacyjnego remontu, słychać i widać również. Scena delikatnie „oddycha” wspomagając się jakimś mechanizmem hydraulicznym i przemieszcza za jego sprawą co rusz to w dół to do góry. Nie musimy czekać na zmianę dekoracji, ona do nas wjeżdża, to zjeżdża ponownie. Dźwięk wypełnia nas głęboko, wdzierając się pod eleganckie stroje, mankiety i guziki. A światło staje się dodatkowym aktorem, igrającym z naszymi emocjami bezgłośnie. Drzewo w III akcie jest i nie jest drzewem, bezpieczne i groźne zarazem.

Cała scenografia jest wręcz ascetyczna (Jagna Janicka). Gospoda „Pod Podwiązką” zawiera chyba najwięcej detali, od stołu, przez charakterystyczny fotel Falstaffa, na kielichach skończywszy. Sceny w parku, to morze intensywnej zieleni – tu znaczenie ma tylko kosz stojący na trawie – miejsce ostatecznego upokorzenia Falstaffa. W akcie III zieleń nabiera głębi, zbliża się noc, jedyne drzewo zatapia się w złowieszczej czerwieni (Maciej Igielski). Naraz na ziemię zstępują duszki, elfy, wróżki, nimfy, aby spuścić łomot Falstaffowi. Chór (Henryk Wierzchoń) w milionach odcieni zieleni przenosi nas w świat dziecięcej fantazji, aby jednak przywołać nas ponownie do opery, krzykiem bitego.

Falstaff Prusa to człowiek wciąż silny, dumny, acz zadufany w sobie – współczesny łajdak. Postać kompletna, zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim, którą zręcznie buduje Łukasz Goliński. Fantastycznym kontrapunktem dla niego jest na scenie Quickly, która po powrocie z gospody, podchmielona i „zdystansowana” bawi się nami/z nami doskonale. Charyzma, „charm” i sceniczna nonszalancja nie pozwalają oderwać od Małgorzaty Ratajczak oczu.

Zabawne, jak życie bywa przewrotne – czasami trzeba je w dużej mierze przeżyć, żeby nabrać do niego takiego dystansu, aby móc przy rozgrzeszeniu publiczności, a wręcz przy jej wielkim aplauzie, trochę poświntuszyć, trochę i nauczkę sprawić, ale na pewno wielkie dzieło Verdiego tworzone przez 80-latka, reżyserowane przez 80-latka tak pięknie i mądrze odmłodzić…

I jeśli ktoś twierdził kiedyś, że tak nie wypada, że tak się nie da, to kto teraz śmieje się ostatni…?

zdjęcie: A. Makowski

Reklama