Teatr z Krakowa przybił do portu w Bydgoszczu

Wiktoria Raczyńska
,

Tak powitali się z nami reżyser Narodowego Czytania „Rejsu” Bartosz Szydłowski oraz wygłaszający laudację przed spektaklem filozof prof. Piotr Augustyniak z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Ich teatr uświadomił nam, jak blisko nam dzisiaj do Rejsu, w który wybrali się bohaterowie Marka Piwowskiego. A że Bydgoszcz między Brdą a Wisłą stoi i żeglugi śródlądowej na powrót się domaga, z portem multimodalnym włącznie…, a politycznie?

Temat, z którym bydgoszczanom łatwo się utożsamić, bo sami żyli w czasach rejsów, i takie czasy chętnie by wskrzesili, jest nam dobrze znany. Czy politycznie? Twórcy, aktorzy-amatorzy Teatru im. Juliusza Słowackiego z Krakowa próbowali na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy dowieść, że choć pamiętamy i śmiech nas wielki ogarnia, to jednak dzisiaj znów wiele analogii można by w tamtym rejsie, do czasów nam współczesnych odnaleźć. Nie brakuje wstawiania w usta Stanisława Tyma, kaowca, czy Zdzisława Maklakiewicza, inżyniera Mamonia słów Jarosława Kaczyńskiego czy Antoniego Macierewicza, a Wandy Stanisławskiej-Lothe, czyli Krystyny Mamoniowej, wypowiedzi Beaty Szydło.

Groteska wzmocniona cytatami z obrad na Wiejskiej: „Tak jesteśmy ludzkimi Panami, bo jesteśmy Panami, w przeciwieństwie do niektórych” Jarosława Kaczyńskiego, „San Escobar” Witolda Waszczykowskiego, „Są tematy trudne…” Andrzeja Dudy, czy „Dokąd zmierzasz Europo? Powstań z kolan i obudź się z letargu” Beaty Szydło, albo „międzymorze…” Antoniego Macierewicza spotkała się z największymi salwami śmiechu i oklaskami na sali. Choć nie wszystkim zgromadzonym było do śmiechu.

Odbiór „Rejsu” potęguje przypisanie mu cech dzieła narodowego, które z odpowiednim patosem i na głos raz w roku czytać należy. Co też czynią trzej zawodowi aktorzy, z wyróżniającym się Tomaszem Wysockim i głosem, i dykcją i fantastycznym monologiem nieśmiałego poety z Rejsu.

Udział we współczesnym „Rejsie” amatorów poprzedziły warsztaty, m.in., z improwizacji, dubbingu, charakteryzacji i ruchu scenicznego, przeszczepione do spektaklu w pojedynczych kadrach filmowych. Ich udział wydawał się naturalną koleją rzeczy skoro w ówczesnym „Rejsie” większość jego uczestników również stanowili amatorzy, a dialogi często „rodziły się” na pokładzie wycieczkowca. Jak choćby kultowe zdanie Jana Himilsbacha, czyli „Bardzo mi przykro” Sidorowskiego: „W tak pięknych okolicznościach przyrody”.

Widz miał wrażenie, że w tym rejsie sam uczestniczy, gdy spadały na niego papierowe samolociki, piłki plażowe, czy po fotelach gramolili się aktorzy zmierzający ku scenie. Były też potańcówki z publicznością, jak w scenie kulminacyjnej, którą wyobraża sobie kaowiec (Tym). Bardzo ciekawym zabiegiem był greenscreen, czy raczej bluebox – dwie kultowe sceny – na ławeczce, w monologu o kondycji polskiego kina i planowaniu niespodzianki dla kapitana – gdy trzej mężczyźni coraz bardziej „zapadają” w wodę. Fantastyczne nałożenie – najpierw dwóch pań ze zrozumieniem lub niezrozumieniem w zależności od słów wypowiadanych przez inż. Mamonia kiwających głowami i trzech panów w kąpielówkach – zarówno damy, jak i mężczyźni nagrywani na scenie na tle niebieskiego materiału. Ciekawy efekt wprowadzenia „współczesnych” amatorów do filmu Piwowskiego. Pasowali jak ulał.

Widowisko pełne absurdów, przelewającej się płynnie rzeczywistości tamtej i obecnej, dobrze skrojona groteska osiągnięta zarówno za sprawą powtórzenia idei wykorzystania aktorów-amatorów, jak i wstawienia w usta bohaterów wycieczkowca „perełek” z wypowiedzi naszych polityków udowodniło jak bardzo nasz świat nie różni się wcale od tamtego. Jak bardzo tamta Polska, przypomina, a właściwie jest, naszą Polską. O takie rozumienie scenariusza apelował zresztą w swojej laudacji prof. Piotr Augustyniak.

– Oto płynie po Wiśle statek. To Polska na nieodgadnionych nurtach świata, świata nowoczesnego. Polska zajęta jak zawsze sobą – swoją beztreściową egzystencją i swoją głupotą, swoją kulturą i swoim niby życiem. Dokąd płynie? To nikogo na statku nie obchodzi – mówił filozof. – Rejs nie jest filmem o naszych dziadkach i rodzicach, ale o nas i o naszych dzieciach, zjadających sushi, chodzących do barber shopu, jeżdżących na narty w Alpy, okupujących latem kurorty Egiptu i Tunezji. (…) Miejmy odwagę tak oglądać Rejs, aby nie widzieć go w sposób tak bardzo postmodernistyczny. Patrzmy na Rejs, jak na zwierciadło, które nie jest krzywe i mówi samą, czystą prawdę o nas.

Teraz pozostaje już tylko pytanie: Dokąd płyniemy?

zdjęcie: Grzegorz Mart

Reklama