Ta tratwa prostuje kręgosłup

Wiktoria Raczyńska
,

W sobotę na Wyspie Młyńskiej obchodziliśmy 100-lecie bydgoskiego harcerstwa. A my wczoraj, podczas spaceru, przy marinie, zauważyliśmy zacumowaną tratwę z harcerzami z Płocka, którą płyną do Gdańska. – Jesteśmy umówieni na kawę z Neptunem – mówi nam phm. Krzysztof „Gandalf” Nowacki z 1 Marszewskiej Drużyny Harcerzy Białe Wilki im. Rotmistrza Witolda Pileckiego i z pasją opowiada, jak wraz z drugim druhem Krzysztofem prostują młodym ludziom na tej tratwie kręgosłupy.

Skąd pomysł na taką wyprawę?

Zaczęło się ponad dwa lata temu. Siedząc z żoną przy kawie, stworzyłem taki projekt „Marszewskie Majsterkowanie” w ramach FIO (Fundusz Inicjatyw Obywatelskich). Pieniądze nieduże, ale wystarczyło zebrać trzy osoby i można było ruszać. I tak w mojej stodole-warsztacie zaczęliśmy uczyć chłopców, jak wbijać gwoździe, lutować, wiercić dziury, dziewczyny też. Z szacunkiem patrzyliśmy jak biegają z wiertarkami. Sprzęt ściągnąłem ze swojej firmy. I były efekty. Chłopcy przychodzili potem dumni mówiąc: – Pokazałem tacie jak się wierci dziury w kafelkach, bo zdążył już trzy zniszczyć. Projekt był krótki – trwał 3 miesiące. I po upływie tego czasu stanęliśmy przed dylematem, co dalej. Rodzicom też bardzo zależało.

Od pierwszego gwoździa… po tratwę…

… bo ile można przybijać, lutować, wiercić. Może się znudzić. Zaproponowałem więc chłopakom, że zbudujemy tratwę. Mamy duży akwen, drugi co do wielkości w Polsce, woda spokojna – popływamy sobie po Wiśle. Przy jej budowie pracowało od 8 do kilkunastu chłopaków. Na sam spływ zgodziła się czwórka rodziców. Pewnej soboty zaprosiłem też ojców, aby pomogli nam ją złożyć. I dopiero wtedy zaczęło się prawdziwe zamieszanie, bo oni nie wierzyli, że ta tratwa naprawdę powstała. Zaraz jak stanęła powiedziałem: – Jutro msza i dzida na wodę. I tak, z druhem Krzysztofem, zapakowaliśmy się w czwórkę na tratwę. Wiecie, tamta tratwa, a ta – bajeczka. Nie powiem, że przepaść, ale duża różnica. Kierując się rozsądkiem, uzgodniliśmy wtedy, że zdobywamy zamek w Malborku i wracamy. Popłynęliśmy Nogatem. Wróciliśmy do śluzy na Białej Górze. Tam rozebraliśmy tratwę i wróciliśmy do domu.

Rozumiem, że to był dopiero początek waszej przygody.

A jakże! Myśmy wtedy z druhem Krzysztofem należeli do kręgu „Wachta” przy Chorągwi Mazowieckiej ZHP więc po powrocie zaprosiłem rodziców i zaproponowałem stworzenie drużyny harcerskiej. Megaradosnego odzewu nie było. Dlaczego? Bo kto dzisiaj wie, co to jest „harcerstwo”? Rodzice się jednak zgodzili. Zaczęły się zbiórki, spotkania, majsterkowanie… Nabór właściwie sam się zrobił. Z kilku szkół uzbierało się nawet więcej dziewczyn niż chłopaków, a ja nie miałem instruktorki, która by się nimi zaopiekowała. Pierwszy rok upłynął nam właśnie na kompletowaniu kadry. I ruszyła budowa kolejnej tratwy.

Jaki obraliście sobie cel tym razem?

Światowe Dni Młodzieży. Zdobyłem fajnych sponsorów i wsparcie naszego biskupa. Dostaliśmy od niego misję, która właściwie nadała cały sens tej wyprawie. Papież miał pobłogosławić obraz Jezusa Miłosiernego i kamień węgielny pod budowę ołtarza w domu młodzieży w Diecezji Płockiej. W ostatniej chwili, przed mszą zrezygnowano ze względów bezpieczeństwa z tego punktu, ale papież już podczas mszy błogosławiąc wszystkim, też nam pobłogosławił te rzeczy. I my tak z tym wielkim na trzy metry obrazem szorowaliśmy już pieszo z powrotem.

Zapewne wzbudzaliście spore zainteresowanie.

Dosłownie na sobie czuliśmy, jak ludzkie serca same się otwierają. Gdybym wypłynął bez złotówki w kieszeni, bez jedzenia, dopłynęlibyśmy na skrzydłach. Ludzie przynosili nam wszystko – chłopcy wychodzili tylko po wodę, a za nimi szli ludzie wężykiem z miasta niosąc skrzynki pomidorów, ziemniaków, wiadra jajek, benzynę. W Sandomierzu siedzimy wieczorem przy kawce, spokój, wszyscy śpią, a tu ktoś krzyczy: – Harcerze, harcerze, gdzie wy? Przychodzi gość z dwoma kanistrami benzyny, stawia dwie skrzynki pomidorów i jakieś słoiki. – Mieszkam 40 km stąd i was widziałem jak płyniecie. Takich sytuacji zresztą było wiele. To też budowało u chłopaków poczucie pewności, że warto.

To dla młodzieży na pewno szczególnie ważne.

Po ubiegłorocznym spływie zostałem zaproszony przez panią dyrektor do szkoły, z której mam większość chłopaków. Nie skłamię, jak powiem, że 80 procent w naszej drużynie to chłopcy z trudnego środowiska, po PGR-owskiego, patologia, rozbite rodziny, zaglądanie do kieliszka. Ja akurat się tego nie boję i sobie z tym radzę. Po wyprawie na Światowe Dni Młodzieży woła mnie więc ta pani dyrektor, a ja pytam, co znowu te moje „czorty” zbroiły. – Pan się nie denerwuje tylko przyjdzie – mówi mi do słuchawki. No to poszedłem. Wchodzę i patrzę, a tu jeszcze pedagog siedzi. Myślę sobie – coś poważnego. A ona do mnie: – Panie Krzysiu, jak pan to zrobił, bo ja cztery lata z nimi pracuję, a pan wziął ich na trzy tygodnie i to nie ci sami chłopcy wrócili. – Nic – mówię. – Zabrałem ich tylko na męski wypad tratwą. I takie chwile ładują ci baterie na kolejny rok.

Jakie macie plany, gdy już wrócicie z Gdańska?

Marzy nam się Morze Czarne, syberyjskie rzeki, spływ tratwą. Tym bardziej, że mam tam kontakty, u prawosławnych skautów św. Jerzego. Oni już u nas byli. Jak Bóg da, to się już wkrótce wybierzemy do Petersburga z rewizytą,… może Ukraina, Austria. W ogóle, jak się człowiek na Zachodzie zdradzi, że jest skautem i to jeszcze z Polski to szał. – A to wy tak możecie, w lesie, w namiotach, ognisko?! Bo oni tak nie mogą. Jak wrzuciliśmy na Facebooka zdjęcia ze spływu ŚDM – co tam się zaczęło dziać – wpisy z USA, Argentyny, Irlandii… Zostaliśmy już zaproszeni jako „goście honorowina Międzynarodowe Targi Turystyki i Sportów Wodnych do Warszawy. Wodniacy pewnie powiedzą, że w Polsce nie istnieje w ogóle kultura kształcenia młodych ludzi na wodzie, żeglarstwa, jachtingu – to co było kiedyś. A nam się marzy własna porządna barka na zalewie, kawał podestu, jachty, kajaczki przy niej, kilka tratw i trochę powariować.

Harcerstwo to nie miejsce na meldowanie, że ci ciężko. To tylko kwestia chęci, wyboru i poukładania tego w głowie i czasie, bo dzieciaki to widzą. Nie trzeba im nic opowiadać, od razu wiedzą, kto się angażuje, kto coś robi. Z nostalgią wspominam lata 70. i „wychowanie przez pracę”, począwszy od „niewidzialnej ręki”, która miała głęboki sens, za którą kryła się też wielka tajemnica, po choćby przedszkola polowe. Idealna okazja do nauki dla przyszłej kadry harcerskiej – opieka nad wiejskimi dziećmi w czasie żniw. Także stanie na straży honoru, godności osobistej jest w naszej pracy, instruktorów, opiekunów młodzieży niezwykle ważne. Staramy się ich tego nauczyć, choć świat moich wartości jest już dzisiaj nie do obronienia, ale robię wszystko, aby chłopakom chociaż część z tego przekazać.

Opowieści o harcerskim wychowaniu i podróżach tratwą przez Polskę słuchali Robert Sawicki i Paweł Warliński.

Więcej zdjęć tutaj.

Reklama