Szumi mi w uszach

Wiktoria Raczyńska
,

„Morze ciche” Łukasza Zaleskiego wystawione podczas Festiwalu Prapremier Nie/obecne w Teatrze Polskim w Bydgoszczy ma tak mocny przekaz, że nie tylko dzieci głuchonieme z większym entuzjazmem będą uczyły się po nim mówić, ale i ja wychodzę z przekonaniem, że warto nauczyć się języka migowego.

To bardzo trudny spektakl. Chapeau bas dla aktorek. Po pierwsze one nie tylko grają, ale również migają, co powoduje, że język ciała zmienia swoją funkcję. Ręce jakby wyłączają się z tego zadania, a cała siła gestykulacji spada w dół. Poza momentami, w których aktorki chwytają za instrumenty. Po drugie, gra skierowana jest głównie na widownię, aby artykulacja (silna i wyrazista) była lepiej odczytywana z ruchu warg. I po trzecie, język migowy jest dość uproszczony, czasami wymaga literowania wyrazów i aby oddać w pełni treść, aktorki posługują się niezliczoną gamą rekwizytów, barw, strojów, obrazów i ściennych napisów.

Jest to spektakl przeznaczony dla dzieci w szkołach, ale przyznam, że jego odbiór wprowadza i dorosłego widza w stan zadumy i powagę. Nie sposób oderwać od tych trzech, jakże różnych kobiet, oczu. Za sprawą ogromnej charyzmy i wewnętrznego ciepła spektakl ogląda się jakby czytało się książkę przy kominku, będąc otulonym kocem z gorącą herbatą z imbirem na stoliku. Anna Konieczna, kobietka raczej niż kobieta z racji swojej filigranowej postury gra Emilia – chłopca, który nie słyszy od urodzenia. Gra go w czepku pływackim, który, rzecz jasna, zakrywa jej uszy. Najbardziej uderzająca scena w jej wykonaniu to moment, w którym chłopiec rozdrapuje je sobie do krwi, myśląc że w ten sposób odzyska słuch. Doskonale ukazuje problem alienacji i wyobcowania ze społeczeństwa. Problem dorastania.

W spektaklu występują jeszcze dwie postaci (choć grają także inne role epizodyczne), ale pani doktor (Joanna Romaniak) i Javier (Danuta Lewandowska) są dla Emilia kluczowe. Pokazują jak ważne jest, aby każdy spotkał na swojej drodze osoby, które będą go wspierały i pomagały przetrwać trudne momenty, a takie ma przecież każdy. Dlatego spektakl ma wydźwięk uniwersalny, a my szybko zapominamy, że aktorki również migają. Opowieść wciąga. Chcemy wierzyć, że Emilio kiedyś odzyska słuch, choć to niemożliwe. Ważne jednak, że Javierowi (przyjacielowi rodziny) i pani doktor udaje się namówić chłopca, aby zaczął uczyć się mówić.

Jego partycypacja w świecie się pogłębia, zaczyna rozumieć go poprzez wibracje. Nie słyszy szumu fal nad ukochanym morzem, ale zaczyna słyszeć go w sobie. Złość na zastaną rzeczywistość, na którą nie miało się żadnego wpływu mija, świat się zmienia, a Emilio razem z nim. Javier umiera, ale zanim to się dzieje, pokazuje chłopcu w swoim sklepie, jak cieszyć się z małych rzeczy, jak rozumieć dotyk, smak, zapach. Dzięki niemu Emilio odnajduje sposób komunikacji, który pozwala mu rozumieć dużo więcej, czuć bardziej. Staje się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa.

Brawa po spektaklu to nie klaskanie, a podnoszenie rąk do góry, jakby w geście poddania, ale o innym znaczeniu – palce lekko drżą, dłonie poruszają się delikatnie na boki. I tak, jak Emilio wcześniej chciał dołączyć do świata słyszących, tak teraz my, słyszący chcemy wejść w jego świat poprzez sygnały.

Spektakl „Morze ciche” powstał w ramach Konkursu im. Jana Dormana – reżysera i pedagoga, wieloletniego dyrektora Teatru Dzieci Zagłębia w Będzinie. Teatr Nowy w Zabrzu za sprawą organizatora projektu, Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego, tym spektaklem chce „wyjść” do szkół, ośrodków i placówek wychowawczych, w których uczą się dzieci z wadami słuchu. Chce pokazać im, jak włączyć się w świat, którego nie słyszą. Jak bezpiecznie wsiąść do rozpędzonego pociągu. Myślę sobie jednak, że tę lekcję, jak rozumieć dzieci głuche, powinny też odrobić dzieci słyszące.

zdjęcie: Paweł Janicki

Reklama