Strasznie nowoczesny dwór

Wiktoria Raczyńska
,

Nie znam Strasznego Dworu sprzed 25 lat, znam wersję Krystyny Jandy, która gościła na bydgoskim festiwalu trzy lata temu. I muszę przyznać, że zaważyła ona na moim tegorocznym pierwszym wrażeniu. Zupełnie niesłusznie. Bo Straszny Dwór nie powinien być aż tak straszny, co z dużą mocą udowodnili właśnie realizatorzy z Natalią Babińską i Piotrem Wajrakiem na czele.

Straszny Dwór jest jednak straszny pod kilkoma względami – tekstowo oraz muzycznie. Przesycony jest bowiem słowem, dowcipem, ironią, ale też nostalgią. Wachlarz muzyczny przenosi nas w tak różne rejony naszej duszy, że trudno zliczyć grymasy na twarzy – dyrygent batutą rysuje na niej to radość, to szczyptę melancholii, po butę, czy wręcz wzburzenie. Moniuszko zaprawdę trudny do odegrania jest. I tylko wariat, znaczy Wajrak może go tak znakomicie okiełznać.

Natalia Babińska postanowiła zrezygnować z arii Hanny, zawczasu narażając się na krytykę. Świadoma jednak swojego reżyserskiego zamysłu – aby ten Straszny Dwór był piękny i optymistyczny – z obrazów „smutnych” wyszczególniła jedynie arię z kurantem („Cisza dokoła, … – Boże mój”) Stefana (Łukasz Załęski). I pomimo swoich starań to ta aria właśnie zadała najwięcej szyku i tak już smacznego w odbiorze tego „polskiego” bell canta. (Wielkim zaufanym przyjacielem Moniuszki był Rossini).

Ten Straszny Dwór jest również trudny do oświetlenia. Zastanawiam się nad kunsztem realizatorskim Macieja Igielskiego, który mając do dyspozycji nowoczesne oświetlenie bydgoskiej sceny operowej „goni” na próbach światłem za uciekającymi mu wciąż na ruchowej tafli zegara solistami, baletem i chórem. „Mission impossible” chciałoby się rzec. A jednak…

A skoro jestem już przy tytułach filmowych, to nieodparcie na myśl nasuwa mi się jeszcze jeden – „The ring”. Może to dziwnie zabrzmi, ale choreografia Anny Hop, młodej skądinąd choreografki, tancerki Polskiego Baletu Narodowego, stawiającej swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie, tutaj gra włosami. Poza dużymi partiami tanecznymi, jak krakowiak czy mazur, dziewczęta w tańcu co rusz bawią się włosami – plączą je sobie wzajemnie tkając warkocz, unoszą do góry w wichrowych porywach, to znów zasłaniają nimi twarze – nie mam innego skojarzenia, jak tylko „The ring”. O finale wolałabym zapomnieć.

Tak jak nowoczesny jest cały spektakl, przy wciąż głęboko osadzonej w nim historii, tradycji, symbolach polskości – witanie chlebem i solą – tak balet, mimo że momentami infantylny, wnosi tę nowoczesność na jeszcze inny „level”. Jedną ze scen, na którą publiczność reaguje głębokim wdechem, jest lanie wosku – podświetlona łuną punktowego światła przez Macieja Igielskiego trójka baletowa w centralnej części zegara „rzeźbi” noworoczną przepowiednię.

Ta nowoczesność przejawia się również w, na pierwszy rzut oka, minimalistycznej wręcz scenografii (Julia Skrzynecka/Diana Marszałek). Ale ta oddaje swoje pole na przykład projekcji video – fantastyczna fabuła w fabule – efekt Strasznego filmu w Strasznym dworze. Opowieść wyświetlona w kopule sceny w stylu filmów noir, jakby rzucona na prześcieradło (Ewa Krasucka).

Podobnie strasznie wygląda, i tym razem nie jest to efekt zamierzony, bo spektakl zaczął powstawać w głowach jego realizatorów dużo wcześniej – szkielet dworku po zmroku. Kiedy po raz pierwszy kurtyna po przerwie odsłania ten widok, nie wiem ile ust szeptem wypowiada – Notre Dame… ale ja na pewno.

I tu zataczamy koło, bo właśnie w tym miejscu Stefan swoim lirycznym tenorem śpiewa „Matko moja miła, po twym zgonie w ojca łonie skonał ten serdeczny śpiew”. Na scenę wbiega mały chłopiec ubrany w czarny kubraczek, za nim powoli suną kobiety w przepięknych czarnych sukniach wzmocnionych panierami. Ich twarze zakryte wdowimi welonami (Martyna Kander). Żałobny kondukt znika po chwili. Brawa nie pozwalają dyrygentowi kontynuować…

Podobnie widownia reaguje na pierwsze takty arii „Ten zegar stary” Skołuby (Łukasz Jakubczak). Doskonale spisuje się również Zbigniew (Janusz Żak) oraz siostry Hanna (Julia Pruszak) i Jadwiga (Dorota Sobczak). Na wyróżnienie zasługuje również przekomiczny Damazy (Szymon Rona). Do tej młodej obsady należy koniecznie dodać Miecznika (Leszek Skrla), który tutaj nie ustępuje młodzieży ani na krok. O dziwo, o krok ustępuje im Cześnikowa (Małgorzata Ratajczak). Jej zdenerwowanie wyczuwa się szczególnie na początku. Widać trema wywołana rangą spektaklu nie omija najlepszych.

Jest jeszcze jeden nie-taki-cichy bohater tej premiery. To chór, do którego pasuje w tym miejscu takie określenie jak „splendid” (znakomity, kapitalny, genialny)! Nie wiem, czy większa w tym zasługa Henryka Wierzchonia, czy jak niektórzy podejrzewają, „zaraźliwa” charyzma Piotra Wajraka, ale jakie to ma znaczenie! Obu Panom bowiem należą się wielkie pokłony. Jak również Maciejowi Figasowi, za odwagę, w takim doborze realizatorów, że widownia, wiedząc co usłyszy, nigdy nie może być pewna, co zobaczy. Ale zawsze może być pewna, że będzie to wysmakowane, idące z duchem czasu, mimo że zazwyczaj osadzone w XVII-XVIII, no może co najwyżej XIX wieku. I co najważniejsze, jakoś fenomenalnie godzące gusta zarówno tej dojrzałej, co i najmłodszej publiczności.

I tutaj koniecznie należy zakończyć ulubionym słowem dyrektora opery – ZNAKOMITE otwarcie XXVI Bydgoskiego Festiwalu Operowego!

Reklama