Słyszysz, co mówię?!

Wiktoria Raczyńska
,

„Harper” Simona Stephensa w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach to kolejna propozycja Festiwalu Prapremier Nie/Chcianych Teatru Polskiego w Bydgoszczy.

Wychodząc z teatru słyszę głosy kobiet za plecami: – Podobało mi się. Jednak zastanawia mnie, czy dlatego, że tak wiele kobiet dzisiaj może się z Harper utożsamić po prostu, czy dlatego, że aktorka (Magdalena Grąziowska) zagrała doskonale?

Muszę na chwilę wyjść z siebie, że się tak wyrażę, bo jestem przeciwieństwem Harper, co nie przeszkadza mi wcale, docenić jej gry, jako pogubionej, infantylnej, niedojrzałej 40-latki, ze z pozoru troskliwym mężem oraz 17-letnią córką-zdolniachą. Nie zmienia to faktu, że sama wychodzę z teatru wkurzona – że takie kobiety są, mężczyźni zresztą też i że Wiśniewskiemu tak dobrze udało się ich naturę pokazać. Bo ilu z nas tkwi w małżeństwach niespełnionych, nie mogąc porozumieć się z partnerem, oddalając się od siebie każdego dnia, nie mając wsparcia w rodzinie, nie chcąc już na siebie spojrzeć w lustrze, ale nie mając siły tego zmienić, bo strach przed „samodzielnością” i „nowym” przeraża bardziej niż trwanie w nicości.

Harper na wieść o chorym ojcu, z którym zawsze była blisko, pragnie go odwiedzić w szpitalu. Jednak, pracując w firmie spedycyjnej (utrzymując obecnie rodzinę) nie dostaje od swego pracodawcy urlopu – za to stek pustych komplementów w stylu „nawet nie wiesz, jaka jesteś niezastąpiona” zakrawających aż o mobbing. To dobrze wielu znane kadry z własnego życia i doświadczenia zawodowego. Wiśniewski przykuwa naszą uwagę.

Mimo to, Harper nic nikomu nie mówiąc, wychodzi z domu i rusza w podróż do Manchesteru… I tutaj niby zaczyna się droga, która finalnie doprowadzić ma do jej wielkiej przemiany. Droga, jak tory kolejowe długa i szeroka. Bo rzecz dzieje się na peronie, który tylko na kilka chwil przeistacza się a to w salę szpitalną, a to w łazienkę hotelową, a to na powrót w mieszkanie Harper. Peron, który jest też i peronem – brudnym, zatęchłym moczem, przechowalnią bezdomnych, pijaków i narkomanów.

Ale patrząc na Harper ma się nieodparte wrażenie, że ta zamiast odnajdować się powoli, gubi się jeszcze bardziej. Ojciec umiera przed jej przyjazdem, ale awanturę o to, że „ten odszedł w samotności” robi pielęgniarce, upija się z bezdomnymi wystawiając się na próbę gwałtu, ratuje wbijając szkło w szyję uzależnionego od kokainy dziennikarza, uprawia przygodny seks z mężczyzną poznanym w Internecie, w końcu trafia do domu matki, która już dawno rozwiodła się z jej ojcem i żyje z młodszym mężczyzną. Ta ostatecznie, mając jej wciąż za złe, że Harper nigdy nie kochała jej tak jak ojca, a ona chciała mieć „tylko ją” wyznaje, że do donosu na jej męża zmusił ją właśnie ojciec. Mit ojca pryska jak bańka mydlana.

Seth, mąż Harper, architekt miał bowiem dziwną skłonność do robienia zdjęć dzieciom na placu zabaw. Po donosie, Harper żywi do matki śmiertelną urazę, bo „naznaczeni” przez społeczeństwo muszą wyprowadzić się do Uxbridge, a Seth trafia do rejestru policyjnego. Traci pracę, nikt nie chce go zatrudnić. Harper nagle musi przejąć stery, a na to nie jest gotowa, ani z tymi kwalifikacjami, ani z tą mentalnością – wciąż żyje w zaprzeczeniu, powtarzając jak mantrę, że „Seth taki nie jest”.

Nomen omen, Harper wraca do domu bez oczekiwanego przez siebie samą i widownię katharsis. Wyznając mężowi swoje grzechy, łącznie ze zdradą, spodziewa się jakiegoś ostatecznego oczyszczenia, gwałtownej awantury rozładowującej napięcie i niedopowiedzenia pomiędzy małżonkami. Tymczasem Seth wysłuchuje wszystkiego ze stoickim spokojem, smarując kanapkę za kanapką snując opowieści o tym, jak to w domku na wsi żyłoby im się wspaniale. Tymczasem widz już wie, że to nie przeprowadzka może uleczyć relacje między ludźmi, a dojrzałość, szczerość i siła stawianych wobec siebie potrzeb, pragnień i namiętności. I ich moc sprawcza, gdy jeden kocha drugiego, bo gdy nie kocha, życie zamienia się w dramat… Tak, zdecydowanie umiejętność rozmawiania, to stan, który dawno zatraciliśmy.

zdjęcie: Krzysztof Bieliński

Reklama