Śliwka w Strzelcach Dolnych królowała przez dwa dni

Tomasz Welcz
,

Tysiące smakoszy regionalnych potraw, a przede wszystkim śliwkowych powideł, kulinarnej wizytówki miejscowości, odwiedziło Strzelce Dolne. Śliwka w ten weekend królowała tu absolutnie i to w każdej postaci.

Tradycyjne powidła specjalnie  na Święto Śliwki przygotowało kilkanaście gospodarstw. Kupić je można było przyrządzone według tradycyjnej receptury, ale także z dodatkami, między innymi z czekoladą czy cynamonem.

Była także okazja, aby podejrzeć, jak smaży się powidła w wielkich kuprowych, czyli miedzianych kadziach.

– Śliwki trzeba najpierw umyć, wypestkować i wtedy można je wrzucić do gara. Jak do takiego kotła wrzucimy 140 kilogramów śliwek, to trzeba je gotować jakieś 8-10 godzin i stale mieszać, żeby się nie przypaliły. Chodzi o to, aby odparować wszystkie soki. Dalej, to już zależy od śliwki. Te wcześniejsze są kwaśniejsze  i trzeba trochę dosłodzić. Ta późniejsza węgierka jest słodka i cukru już nie potrzeba. Można za to dorzucić trochę jabłek i te powidła są wtedy łagodniejsze, doskonałe dla dzieci – opowiada pan Piotr, który, jak sam mówi, pokazowo, w ramach rodzinnej współpracy, demonstruje na Święcie Śliwki smażenie słynnych strzeleckich powideł.

Śliwkowy przysmak ze Strzelec Dolnych ma już swoją ogólnopolską renomę. Czym się te powidła wyróżniają? – To już tradycja w tym regionie. Osadnicy holenderscy, którzy tu się pojawili,  posadzili na zboczach skarpy nadwiślańskiej sady. Co spowodowało, że w okresie międzywojennym ludzie zajęli się przetwórstwem owoców. To była podstawa ich bytu. Owoce na tej skarpie były zawsze dwa tygodnie wcześniej niż na równinie. W całej dolinie Wisły to się bardzo rozwinęło, bo rzeka dawała możliwość transportu. Myśmy w naszej wiosce odnowili tę tradycję. Każdy kto raz przyjedzie i spróbuje naszych powideł, wraca co roku. Produkt sam za siebie mówi – opowiada Piotr Wyżgowski, jeden z wytwórców strzeleckich powideł.

Powidła w Strzelcach Dolnych są robione według starej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie receptury, ale każda gospodyni ma swoje tajemnice. – W naszym gospodarstwie staramy się smażyć powidła z dwóch odmian śliwek – tej wcześniejszej węgierki łowickiej i tej tradycyjnej – późnej. A poza tym, więcej tajników nie mogę zdradzić – śmieje się pan Piotr.

Śliwki smażone są w miedzianych kotłach. Z kilograma owoców po wysmażeniu zostaje 30 dekagramów powideł. – Nie mają żadnych konserwantów, można dosłodzić – i to jest wszystko – dodaje.

Klienci obecnie szukają jednak nowych smaków, stąd do tradycyjnych powideł dodaje się, na przykład czekoladę, orzechy, rodzynki czy dla aromatu cynamon. – Strzeleckie to klasyczne powidła, te z dokładkami to też powidła, ale umówmy się, że nie strzeleckie – śmieje się Piotr Wyżgowski.

Święto Śliwki to także okazja do kupienie wielu regionalnych specjałów – miodu, wędlin, serów, chleba, przetworów, pierogów z gęsiną, klusek i, a jakże, nalewek czy owocowych win, w tym, oczywiście śliwkowych. Chętnych do degustacji za drobną opłatą nie brakowało. Po chleb ze smalcem i ogórkiem ustawiały się gigantyczne kolejki, podobnie jak po zapiekankę prosto z pieca.

– Kupiliśmy, oczywiście, powidła i to trzy słoiki, dwa miodu oraz nalewkę na wątrobę – mówi Anna Ratajczyk. – Co roku, już od kilku lat, przyjeżdżamy na Święto Śliwki. Tłumy są rzeczywiście coraz większe, to trochę męczące przebijać się do tych stoisk, ale warto – dodaje pani Anna.

– Posmakowałem śmietanówki, tak się to chyba nazywa. Mocna rzecz – śmieje się pan Jerzy. – Kupiłem trochę wędlin, sery, miód, wino owocowe i powidła z czekoladą.

W sobotę i niedzielę organizatorzy przygotowali nie tylko kulinarne atrakcje. Była, między innymi, możliwość przepłynięcia się statkiem, przejażdżki konno lub bryczką. Obejrzeć też można było zabytkowe amerykańskie samochody.

Reklama