Śladami marzeń – Nowa Zelandia

Wiktoria Raczyńska
,

Klub Miłośników Australii i Oceanii to jeden z najstarszych klubów w Bydgoszczy. W tym roku obchodzi jubileusz XXX-lecia działalności, a wystawa inauguruje Bydgoskie Spotkania z Australią i Nową Zelandią, które objęte zostały honorowymi patronatami Jean Dunn, ambasadora Australii i Wendy Hinton, ambasadora Nowej Zelandii w Polsce.

– Klub powstał dokładnie 11 stycznia 1984 roku. Jego założycielem i długoletnim prezesem był Roman Malinowski, który do dziś bardzo aktywnie z nami współpracuje jako prezes honorowy – mówi obecny prezes Lech Olszewski. – Na pytanie, jak powstał klub, Roman odpowiada, że z marzeń o podróżach do nieosiągalnej wówczas dla większości Polaków Australii. Bilet na Antypody kosztował w tym czasie kilka średnich pensji. Jak się jednak okazało, nie było to przeszkodą. Obecnie wyprawa do Australii czy Nowej Zelandii to też często wyprawa marzeń – naprawdę na koniec świata – a co dopiero 30 lat temu.

Na pierwszą klubową wyprawę do Australii trzeba było jednak czekać do 1997 roku. W sumie wszystkich wypraw na Antypody było kilka, w tym jedna do Nowej Zelandii.

I jej efekty możemy właśnie podziwiać w Muzeum Dyplomacji I Uchodźstwa Polskiego, dzięki uprzejmości prof. Adama Sudoła. Wystawa potrwa około miesiąca.

– W listopadzie 2009 roku kilku członków Klubu Miłośników Australii i Oceanii wybrało się do Kraju Długiej Białej Chmury – Aotearoa – jak Maorysi nazywają Nową Zelandię – opowiada Lech Olszewski, autor zdjęć. – Przez miesiąc Lidka Olszewska, Jacek Gapiński, Krzysztof Barczewski i ja objechaliśmy obie Wyspy Nowej Zelandii – Północną i Południową. Wybór zdjęć nie był łatwym zadaniem, tym bardziej że z natury rzeczy nie był wyborem obiektywnym, bo osobistym, preferującym moje spostrzeżenia, fascynacje, emocje i upodobania. Czy się udało? – sami państwo ocenicie.

Zanim jednak Lech Olszewski zaprosił licznie zgromadzonych gości, przedstawicieli i przyjaciół innych klubów i stowarzyszeń na pierwsze piętro muzeum do oglądania fotografii, prof. Adam Sudoł przypomniał historię zbiorów muzeum i jego najcenniejszych nabytków w tym obraz podarowany przez konsulową Wandę Poznańską, którego autor wciąż pozostaje nieznany.

– Specjaliści z Muzeum Okręgowego, z Warszawy, z Torunia nie chcą definitywnie się wypowiedzieć, czy to jest Rembrandt czy nie – mówi prof. Sudoł. – Dopóki nie będą mieli ekspertyzy oficjalnej, która może kosztować 300-400 tysięcy, na którą jako uniwersytet nas nie stać, tak długo będzie pod tym Rembrandtem napisane: „autor nieokreślony”.

Gdy Wanda Poznańska pokazywała go jeszcze u siebie w Montrealu, mówiła profesorowi, że kupiła go w Paryżu w 1928 roku i jest to Rembrandt albo ktoś ze szkoły Rembrandta, ale jej też nie było stać na ekspertyzę.

– A to jest słynna kabina ciszy, do której można wejść bez obuwia. Mężczyźni zdejmowali też marynarki, a kobiety musiały być w jasnych pończochach, aby było pewne, że nie mają podsłuchów – mówił dalej prof. Sudoł. – Wszystko jest w niej przezroczyste, podłoga, sufit, słup podtrzymujący. Cała kabina waży 2 tony. Ona była zamontowana w polskim konsulacie w Kolonii w czasach PRL-u i tam odbywały się tajne rozmowy – to świadek zimnej wolny. To był styk wschodu i zachodu. Jest tu sześć taboretów po jednej stronie, sześć po drugiej, czyli mogli to być doradcy, cztery fotele przezroczyste, sowiecka aparatura do zagłuszania rozmów. Jest to jedyna tego typu kabina ciszy w rękach cywilnych w Polsce i w Europie – o tym zapewniał profesora Radosław Sikorski, który przekazywał ją muzeum.

Muzeum Uchodźstwa Polskiego i Dyplomacji warto więc odwiedzić z dwóch powodów – są tam niezliczone pamiątki i dary rodziny Poznańskich i nie tylko oraz od piątku fascynująca wystawa zdjęć z wyprawy do Nowej Zelandii autorstwa Lecha Olszewskiego, prezesa Klubu Miłośników Australii I Oceanii, klubu z 30-letnią tradycją i pasją, która pozwoliła jej członkom realizować marzenia. I oby tak dalej.

Reklama