„Siódmy rok” nucił nawet Stevie Wonder

Wiktoria Raczyńska
,

Okres przedświąteczny finalistom festiwalu pamięci Andrzeja Zauchy „Serca Bicie” jak zwykle upłynął pod znakiem wytężonej pracy. Większość uczestników ambitnie postanowiła zmienić utwory na finał, podsuwając Januszowi Szromowi, ich instruktorowi podczas warsztatów, wokaliście jazzowemu, co rusz to kolejne mniej znane lub wręcz nieznane mu utwory.

Na festiwalach warsztaty zdarzają się niezwykle rzadko. Tym większe wyczekiwanie i chęć skorzystania z nich. Janusz Szrom, kolejny raz w roli nauczyciela, starał się podpowiedzieć dziesiątce finalistów jak najwięcej, jak sam mówi, nie narzucając, a jedynie sugerując pewne zmiany. A czego po nich spodziewali się sami uczestnicy?

DSC_0113– Chodziło mi przede wszystkim o to, aby dobrze przygotować piosenkę na finał – mówi Łukasz Reks. – To mało, ale też dużo. Wydaje mi się, że udało nam się ustalić wszystko, co na tym etapie powinienem mieć dograne, czyli styl, w jakim chcę piosenkę przekazać ludziom na festiwalu. Wcześniej śpiewałem „Wieczór nad rzeką zdarzeń”, a teraz „W międzyczasie”. Zmieniłem utwór na finał, ponieważ chciałem, aby był trochę ciekawszy od poprzedniego, chciałem też zmienić styl, bo wcześniej śpiewałem balladę. Teraz, co prawda, też mam wolny numer, ale w innym, bardziej groove’owym charakterze. Chciałem, aby to było coś weselszego, bardziej rytmicznego. Ten utwór ma dość nieoczywistą linię melodyczną. Zastanawialiśmy się z Januszem nad jej formą, a interpretację zostawiliśmy sobie na później. Tak naprawdę czeka mnie jeszcze dużo pracy samodzielnej w domu. Muszę ją jeszcze ułożyć w sobie porządnie. Myślę, że ta piosenka leży mi bardziej stylistycznie – uważa Łukasz.

Trzeba przyznać, że w tym roku wielu młodych uczestników zmieniało utwory, inne zaprezentowali podczas eliminacji, inne w półfinale, a niektórzy jeszcze inne chcą zaśpiewać w Operze Nova 11 maja.

DSC_0108– Regulamin festiwalu umożliwia zmianę piosenki na każdym etapie konkursu i ja również zmieniłam utwór, który zaśpiewam w Operze Nova – przyznaje Iga Kozacka. – Z jednej strony fajnie jest iść z tą samą piosenką przez cały czas, bo unikasz w ten sposób poszukiwania od nowa utworu pasującego do ciebie, ale z drugiej strony, to też mobilizuje do znalezienia piosenki, która jest mniej znana. Dzięki temu jest szansa, aby odkurzyć ją troszeczkę i pokazać światu na nowo. Tym razem wybrałam „W noc i w dzień”. Jest to dość energetyczny kawałek, przeciwieństwo „Jak na lotni”, którą śpiewałam w półfinale. Natomiast tutaj pokusiliśmy się z Januszem o taki wręcz rock’n’rollowy aranż. Trochę inspirowany Blues Brothers. Chcę w tej piosence dać trochę ognia – zapowiada Iga. – Wcześniej brałam udział w „Bitwie na Głosy” i „The Voice of Poland”. To mi dało kopa, aby pójść z prądem, tą pozytywną energią i wysłać zgłoszenia na kolejne festiwale i popłynąć. Zaucha jest dobry, bo jest uniwersalny, możemy wybrać sobie coś bardziej poetyckiego, czy groove’owego albo pójść w funky. U niego jest tak szeroki wachlarz, że zawsze można znaleźć coś dla siebie i pobawić się interpretacyjnie.

Festiwale podsumowania robią zazwyczaj po dziesięciu latach. Jednak ze względu na wyjątkową piosenkę Andrzeja Zauchy „Siódmy rok” takie podsumowanie w naturalny sposób nasuwa się teraz.

DSC_0107– Te siedem lat z Zauchą na pewno zaliczyć należy do lat tłustych. I mam nadzieję, że – pozostając w głębokiej opozycji do treści biblijnych – następne również będą takie – śmieje się Janusz Szrom. – Siódmy rok tego festiwalu jest na tyle ważny, że wpisuje się doskonale w jedną z najpiękniejszych ballad (w moim odczuciu ballad jazzowych) napisanych przez Zbigniewa Książka do muzyki Jerzego Jarosława Dobrzyńskiego, uwielbianą przez jazzmanów ze względu na bogatą harmonię. „Siódmy rok” ma brzmienie wonder’owskie, ponieważ od strony harmonicznej właśnie bardzo przypomina twórczość Stevie’go Wondera. Zresztą słyszał on ten utwór w oryginalnym wykonaniu i bardzo chwalił kompozytora. W 1981 roku Stevie Wonder przyjechał do Polski na koncert. Odwiedził jedną z fundacji dzieci niepełnosprawnych i przywiózł im instrumenty. I właśnie przy tej okazji Mikołaj Wierusz mu ten utwór podrzucił. Ten po jednorazowym przesłuchaniu zwrotki i refrenu (a to nie jest utwór prosty) zanucił ją, co świadczy o niezwykłej muzykalności tego artysty.

A wracając do warsztatów…

DSC_0118– To są po pierwsze świetne piosenki, po drugie, to są piosenki niełatwe i po trzecie, to niełatwy artysta – podkreśla Janusz Szrom. – Młodzi ludzie „nasłuchując” sobie piosenki Zauchy muszą zmierzyć się z oryginałem. To wymaga na pewno muzykalności i nie lada wrażliwości, która troszkę swoimi nawiasami, że tak się wyrażę, wykracza poza pewne standardy. Te utwory mogą się wydawać lekkie, ale gdy bierze się je na warsztat, okazuje się, że tutaj jest taka harmonia, a tutaj taki zakręt linii melodycznej i tekst już przestaje być wygodny. Tak więc na warsztatach otwieram to szersze spektrum nie tylko tym młodym ludziom, ale i sobie, poznaję te utwory na nowo, oni też przynoszą utwory, których wcześniej nie znałem. Nigdy jednak nie uzurpuję sobie prawa do formatowania osobowości muzycznej. Uważam, że każdy powinien kroczyć własną drogą i szukać swojego języka artystycznego. To jest bardzo trudne zadanie – przyznaje pedagog – niektórzy szukają go przez całe życie. Ja, ze swojej strony, dysponując pewnym arsenałem doświadczenia scenicznego i pedagogicznego, mogę im jedynie zasugerować pewne rzeczy albo zwrócić na pewne rzeczy uwagę, jak prozodia, na przykład, łączenie słowa z dźwiękiem. Andrzej Zaucha miał w kwestii interpretowania wręcz zwierzęcą intuicję. On to robił w sposób wyjątkowy.

Festiwal pamięci Andrzeja Zauchy „Serca Bicie” zakończy koncert w Operze Nova z udziałem finalistów oraz zaproszonych gwiazd 11 maja.

Reklama