Przyjmijmy to „Wesele” na Klatę [felieton]

Wiktoria Raczyńska
,

Jak można połączyć ze sobą szacunek do klasyki i wierności oryginału z utworami muzycznymi blackmetalowego zespołu „Furia” oraz doświadczenie i niezaprzeczalny kunszt aktorski Jana Peszka czy Anny Dymnej z aktorami młodego pokolenia pokazał na zakończenie Festiwalu Prapremier Jan Klata z Teatru Starego w Krakowie.

Nadkomplet widzów, pełen balkon i miejsca na schodach, małe opóźnienie… Ale już na scenie widać w czterech rogach postumenty, a na nich, Behemothy, jako żywe. To zespół Furia, którego ostre granie towarzyszyć nam będzie do końca spektaklu. W pewnym momencie zastanawiałam się wręcz, czy bezpiecznie jest stać na balkonie, czy nasz teatr odarty z farby i nie tylko to wytrzyma, uniesie…

Bo aktorzy co rusz zamiatają spojrzeniem po sali. Zastanawiam się, co myślą? Czy u nich kultura też tak bardzo jak nasz, co często podkreślane, jedyny teatr w mieście, kuleje, lekceważona. Teraz przecież Bydgoszcz to już nie miasto sportu (czego?) tylko kultury. Puste frazesy, nowy pomysł na identyfikację wizerunkową miasta. Tylko że kulturę trzeba jeszcze posiadać i sobą reprezentować. Nie wspominając o szeroko pojętej ofercie programowej. Jeden MCK sprawy nie załatwi. Wracając do festiwalu – to programowy masterpiece – nie zaprzeczam, ale czym byłby, i czy w ogóle byłby, gdyby nie siłowanie się na rękę opozycji z ministerstwem?

Fantastyczne było to „Wesele”, jakże energetyczne, hipnotyzujące, sielskie i nostalgiczne zarazem. Jak bardzo „nasze” i Wyspiańskiego w swojej nowoczesności. Jak subtelnie macane analogiami do współczesnych relacji społeczno-politycznych. Na myśl przychodzą marsze za naszą i waszą… właśnie za co? To samo pytanie pada ze sceny: Za kogo się bijemy? Z kim się za karby bierzemy? Brak porozumienia.

Spektakle, które udało się Łukaszowi Gajdzisowi, nowemu dyrektorowi bydgoskiej sceny, sprowadzić do Bydgoszczy to długo wyczekiwane przez publiczność perełki z najlepszych teatrów w Polsce. Spektakle, których na pewno nie zobaczylibyśmy w tym roku, gdyby dyrektorem nadal był Paweł Wodziński. Każde przedstawienie kończyło się spotkaniem z aktorami i realizatorami, włącznie z ostatnim, na którym została (po ponad trzech godzinach spektaklu) chyba cała sala!

Nowy dyrektor niewątpliwie kupił sobie tym festiwalem przychylność „starej” gwardii teatromanów, których przez ostatnie trzy lata próżno było szukać w teatralnych rzędach. U nowej też zyskał kredyt zaufania, bo długo jeszcze będzie się spijało z ust ten „crème de la crème” ubiegłego sezonu teatralnego w naszym kraju. Wodziński i Frąckowiak, ze swoją „glokalnością”, przecież Jana Peszka, jako Stańczyka, czy Anny Dymnej, jako Radczyni do swojej wizji teatru by nie dopuścili.

Brak klasyki, był bowiem największym grzechem, stawianym w „konfesjonale” temu tandemowi. Świeć Teatrze Prezentacje nad ich duszami. Sama atmosfera też się podobno rozrzedziła, bo jak podsłuch niesie, miło jest wreszcie widzieć dyrektora, który próg teatru z uśmiechem przekracza… I mimo że ostatnia premiera Teatru Polskiego „Workplace” w reżyserii Bartosza Frąckowiaka w ubiegłym sezonie z udziałem obu pań „dyrektorowych” i Magdaleny Celmer prześmiewczo, a wręcz mobbingowo o nowym dyrektorze wspominała (aż żałość brała) to pracownicy wydawać by się, odetchnęli z ulgą. Bo z Klatą, przepraszam z klasą, trzeba też i umieć odejść…

Czy idzie lepsze? Prorokiem nie jestem. Na pewno idzie nowe, a każde „nowe” niesie za sobą promyk nadziei…

Ja osobiście chciałabym na pewno znowu młodzież w teatrze zobaczyć, tak zauroczoną, tak zaangażowaną, jak kiedyś na „Dybuku”, bo nie można nie docenić wielu spektakli, które się poprzedniemu duetowi udały, choć na końcu zrobiło się już trochę… niesmacznie.

zdjęcie: Marta Mróz

Reklama