Przetrwalnik nie daje odpowiedzi

Wiktoria Raczyńska
,

„Trump i pole kukurydzy” Pawła Łysaka i Artura Pałygi (praca zbiorowa z aktorami włącznie) to spektakl skomplikowany pod wieloma względami. Dech odbiera nie tylko wielowątkowość podana w nielinearny sposób, czy uczucie zawieszenia w niebycie, ale też bardzo zróżnicowane tempo i dramaturgia słowa. Ma się wrażenie, że każdą scenę pisał ktoś inny. Gaśniemy w powolnym zamyśleniu nad własnym postępowaniem i zachwycamy się jednocześnie.

Punktem wyjścia dla powstania tego spektaklu były badania naukowe Moniki Gagliano, ekolożki z Australii, która odkryła, że kukurydza potrafi komunikować się, a wręcz rozwiązywać problemy, przetwarza i zapamiętuje informacje. Korzenie młodej kukurydzy emitują klikanie i nachylają się w kierunku źródła dźwięku o określonej częstotliwości. Czy to znaczy, że mają uczucia, a może nawet jakąś formę świadomości?

W świecie, w który zabiera nas Łysak i Pałyga, Trump „nawet jeśli nie wie, to i tak wie”, że kukurydza knuje przeciwko niemu spisek. Postanawia się z nią rozmówić. Jednakże zmierzyć się z polem kukurydzy, to jak zmierzyć się z całą ludzkością, którą dręczą zmiany klimatu, patriarchalny układ sił, kapitalizm, wreszcie wojny i bierność społeczeństw w obliczu nadciągającego końca. Świata, który znamy, a nie potrafimy, a raczej nie chcemy uzdrowić, bo wygodę cenimy bardziej niż roztropność w produkowaniu i pomnażaniu dóbr.

Co gorsza, Łysak i Pałyga nie dają nam na żadne ze stawianych tez konkretnych rozwiązań, co daje wrażenie, jakbyśmy spektakl oglądali w kolejno wyświetlanych: slajd – problem, slajd, problem, kolejny slajd, kolejny problem. Tematy nie mają ze sobą logicznego powiązania, nie wypływają jeden z drugiego. Po opowieści o ludziach umierających z powodu suszy w Burkina Faso dostajemy wykład o kapitalizmie, po czym Emilia Piech opowiada nam o kobiecie aresztowanej w Teheranie za zdjęcie na środku skrzyżowania hidżabu z głowy. Temat goni temat. Do tego w bardzo różnym tempie. Czasami oddziela je muzyka – poważna, Whitney Houston, a czasami tylko klikanie kukurydzy… Stefan Węgłowski wykorzystał tutaj bardzo szeroki wachlarz możliwości.

Najlepszą reprezentantką slow life i jednocześnie slow act jest rola badaczki, w którą wcieliła się Małgorzata Trofimiuk. Odbierana jest trochę jak nawiedzona szamanka, której „mów do łyżki” przypomina rolę Wyroczni z Matrixa. Bardzo wiarygodne odzwierciedlenie przykładowej aktywistki Greenpeace przywiązanej łańcuchami do drzewa. Dom, w którym wszyscy się kotłują – przetrwalnik, jak sami go nazywają, staje się miejscem, gdzie jej racje mają szansę wybrzmieć. To schron dla ludzi, którzy „chcieli za dużo, za bardzo, zbyt obficie”, który zbudował dla nich Robert Rumas.

Mateusz Łasowski, stereotypowy biały osiłek-półgłówek, wychodzący to wchodzący w rolę różnych prezydentów państw europejskich, a ponadto tytułowego Donalda Trumpa, walczy o utrzymanie dominacji nad kobietami. Ich gadanie nazywa pitoleniem, a proszony jako prezydent Polski o wsparcie finansowe dla głodujących w Afryce, pokazuje podróżniczce pośladki, jednocześnie się masturbując. Typ neandertalczyka. Gra fenomenalnie, wyolbrzymiając wszystkie ułomności polityków (jeszcze) tego świata.

Dagmara Mrowiec-Matuszak moknie w strugach deszczu, opowiadając o swojej bierności wobec złych rzeczy, które widziała i na które nie reagowała. Szuka oczyszczenia – katharsis pozwoli jej zacząć wszystko od nowa. Zmywa swoje wątpliwości w rzece, jak Hindusi robią w wodach Gangesu wierząc, że w ten sposób ich rytualne ablucje usuną z nich dawne grzechy, dzięki czemu wyzwolą się z cyklu narodzin i śmierci.

Najmocniej w pamięć zapada Małgorzata Witkowska, podróżniczka, szukająca sponsora na budowę tamy w Burkina Faso. Ona tam była, ona widziała śmierć z głodu. Chce o tym opowiedzieć dzieciom w szkołach, bo to one są przyszłością świata – te jednak nie są nią zainteresowane. Zero empatii. Wpada w szał – wie jak zawładnąć publicznością i skupić na sobie ich całą uwagę. I nie musi do tego się rozbierać.

Ma się wrażenie, że najbardziej w spektaklu napracował się Damian Kwiatkowski, który gra mięso-dosłownie, krzyczące, że „nie chce się zmarnować”, złego, białego faceta, który grozi Trumpowi swoimi dronami, Melanię Trump z obolałą kostką w czerwonych szpilkach, rozpieszczonego syna jakiegoś potentata naftowego, przez chwilę jest nawet Iranką w hidżabie. Jak na jeden spektakl to sporo tych transformacji i biegania, głównie w bieliźnie.

Przez pierwsze 30 minut dość ospale wchodzimy w temat, słuchając o tym, jak bardzo zaniedbaliśmy matkę Ziemię, jakich zniszczeń dokonało ocieplenie klimatu, i jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wszystko wokół nas żyje, a my potrzebujemy nawrócenia. W nasycone tekstem i z dużą dawką ironii, a wręcz autoironii dynamiczne monologi wcina się co rusz badaczka, spowalniając swoim slow act akcję. Najbardziej wciąga wspomniana Małgorzata Witkowska – aż się ma ochotę przelać kasę na budowę studni w Sudanie Południowym, czy na inną akcję humanitarną. A jak radzi sobie aktor o posturze bramkarza w nocnym klubie w dodatku łysy w peruce Trumpa, grając jednocześnie jeszcze kilka innych głów państw, w tym prezydenta Dudę – jak pączek w maśle. To najbardziej dowcipna, prześmiewcza i trudna do odegrania rola, a raczej role. Gdyby nie wszystkie wcielenia Mateusza Łasowskiego, spektakl byłby po prostu smutny, a wręcz mroczny, bo niepozostawiający nadziei. Chociaż, chwileczkę, on w sumie nie pozostawia nadziei…

Reklama