Po śladach Marii Antoniny

Marek Tomaszewski
,

Bydgoski Teatr Polski stał się w ostatnich latach sceną wręcz specjalizującą się w eksplorowaniu rewolucji francuskiej. Po „Sprawie Dantona”, „Thermidorze” oraz „Żonach stanu, dziwkach rewolucji, a może i uczonych białogłowach” tym razem zajął się Marią Antoniną, królową Francji, ściętą podczas tejże rewolucji na gilotynie. O ile poprzednie spektakle zostawiły mocny ślad w pamięci, o tyle w przypadku najnowszej premiery raczej liczyć na to nie można.

Spektakl „Maria Antonina. Ślad królowej”, wyreżyserowany przez Wojciecha Farugę, z tekstem Sebastiana Majewskiego, nie ma być, jak zastrzegają autorzy, biografią czy próbą opowiedzenia, jaka naprawdę była królowa Francji. Na przedstawienie składa się jedenaście obrazów wyjętych z jej życia – od XVIII wieku – przyjazdu 15-letniej Marii Antoniny do Paryża i mariażu z 16-letnim Ludwikiem Augustem, po czasy współczesne. Tym współczesnym śladem nieszczęsnej królowej Francji są perfumy, które można kupić w Wersalu (widzowie co prawda traktowani są nie perfumami, ale odświeżaczem powietrza – efekt intensywności podobny, choć „bukiet” mało wyrafinowany).

Historia życia Marii Antoniny nie jest przekazywana przez nią samą. Na jej portret składa się to, co opowiadają o niej inni, często są to wyobrażenia, plotki czy zwyczajne pomówienia. Sama królowa w tym spektaklu, oczywiście fizycznie obecna w osobach dwóch aktorek wcielających się w jej postać (młodą Marię Antoninę gra debiutująca na bydgoskiej scenie Dorota Furmaniuk, starszą, doskonale znana publiczności – Małgorzata Trofimiuk), mówi niewiele.

W przedstawieniu nie brakuje odniesień do historycznych wydarzeń, politycznych układów i rozgrywek w XVIII-wiecznej Europie. Wszak ślub Marii Antoniny, pochodzącej z dynastii Habsburgów, rządzącej Austro-Węgrami i Ludwika Augusta z dynastii Burbonów, władającej Francją, miał doprowadzić do zakończenia wojen i pojednania zwaśnionej Europy. Wplecione w to zostały, dość zaskakująco, także odniesienia do historii Polski, z aluzjami do współczesności. A punktem wyjścia do rozmowy między cesarzową Marią Teresą a Ludwikiem XV o Polsce są… zastrzeżenia króla Francji, że Maria Antonina nie uznaje jego faworyty, bo się do niej nie odzywa. Maria Teresa jest przekonana, że Ludwik XV mówi nie o jej córce, ale o „kraju na wschodzie Europy”, który „jest w zapaści”.

W tle pobrzmiewa nawet słynna afera naszyjnikowa, w którą wplątana została królowa Francji, mimo że z oszustwem nie miała nic wspólnego. Przeciwnicy monarchii wykorzystali to jednak przeciwko niej.

Wojciech Faruga w spektaklu swoją uwagę skoncentrował na pokazaniu mechanizmów, które stworzyły wizerunek złej kobiety, złej królowej, nierządnicy, która skupiła całą nienawiść ludu. Jednak nagromadzenie i wymieszanie odniesień do postaci, wydarzeń nie tylko politycznych, ale także kulturalnych tego okresu w historii Francji i Europy ze zwykłymi plotkami i oszczerstwami, sprawia, że poszczególne obrazy z życia Marii Antoniny rozmywają się w tym przedstawieniu w jakimś nie do końca dającym się ogarnąć przez widza ciągu.

Nie pomaga także zastosowanie pewnych ogranych schematów, które, moim zdaniem, nie do końca wydają się zrozumiałe. Przykład? W przedostatnim obrazie kamera śledzi obie aktorki wcielające się w postać Marii Antoniny, które w milczeniu przechodzą do garderoby, zdejmują kostiumy, przebierają się w swoje prywatne ubrania i… wychodzą z teatru na ulicę. Jakoś nie udało mi się zgadnąć, po co było fatygować aktorki, skoro i tak szybko musiały wracać na scenę.

Spektakl broni się ciekawą scenografią, również autorstwa Wojciecha Farugi, oraz kostiumami Konrada Parola. Przesuwające się po scenie niczym pudełka z otwartymi ściankami elementy scenografii czy wielopiętrowa „kamienica”, w której na różnych poziomach jednocześnie dzieje się akcja, pozwala na niesłychane wręcz napędzenie i zdynamizowanie przedstawienia. Jednocześnie taka scenograficzna konwencja umożliwia pokazanie mechanizmów urastania plotek do rangi niepodważalnego faktu, który z prawdą nie ma nic wspólnego. Jest i basen, który raz służy do bukolicznych zabaw, a raz staje się swego rodzaju symbolem brutalności rewolucji, kiedy wpadają do niego zrzucane z góry sceny ubrania (swoją drogą ilość odzieży, która wypełniła nieckę z wodą, rzeczywiście może budzić podziw).

Bardzo stylowo poprzebierał aktorów Konrad Parol. Wrażenie robi, na przykład, kostium Emilii Piechy, występującej w roli „ szlachetnego dzikusa” Rousseau. Wizualnie – efektownie, mimo że kostium nie pozostawia zbyt wiele wyobraźni widzów, jeżeli chodzi o walory samej aktorki.

Ważnym elementem spektaklu jest także muzyka Joanny Halszki Sokołowskiej. Stanowi ona nie tylko ilustrację wydarzeń, ale staje się jakby samodzielną częścią przedstawienia, doskonale wpisującą się, poprzez połączenie klasycznych i współczesnych brzmień, w klimat spektaklu.

Premierowa „Maria Antonina. Ślad Królowej” nie funduje nam, niestety, aktorskich fajerwerków. Sprawdza się przede wszystkim ta bardziej doświadczona część zespołu: Marian Jaskulski, Jerzy Pożarowski czy Jakub Ulewicz. Największe wrażenie zrobiła na mnie Małgorzata Witkowska, niezwykle przekonująca jako madame de Polignac, najbliższa przyjaciółka Marii Antoniny. Kunszt aktorski zaprezentowała także Małgorzata Trofimiuk w roli dojrzałej już królowej. Pokazała, że aktorstwo to nie tylko kwestie wypowiadane ze sceny, ale też milczenie… Ileż nim można zagrać.

Czysto fizyczne zadanie w spektaklu powierzył natomiast reżyser Dorocie Furmaniuk, grającej rolę młodej Marii Antoniny. Jej przygotowanie – ukończenie wydziału teatru tańca – pozwoliło wywiązać się z tego niełatwego zadania z dużym wdziękiem.

Zabrakło bardziej wyrazistej roli Robespierre’a (w tej roli młody aktor Adam Graczyk). Nie przekonuje także do końca Damian Kwiatkowski w roli Ludwika XVI – grający na „jednej nucie”.

zdjęcie: Teatr Polski w Bydgoszczy

Reklama