Pięć sekund na podniesienie pieguska

Wiktoria Raczyńska
,

Niedawno wybraliśmy się ponownie na stand up. Niestety, a może i stety nadmiar pracy nie pozwalał nam przysiąść do tekstu. Może to i dobrze, bo dłuższe trawienie podobno jest zdrowsze.

Tylko Błażej, który wygrał open mica w Bydgoszczy, zaczął podwójnym falstartem. Po pierwsze się spóźnił, a po drugie, na dzień dobry sprzedał taki żart o weganinie, że większości ręce opadły. Jedyne, co cisnęło się wtedy na usta, to nie śmiech, a „Błażej, nie tędy droga”. Najlepiej wyszło mu parodiowanie Bogusława Lindy. Parodiowanie, a nie dowcipy. Przyznał, że open mica wygrał dzięki głosom krzeseł, podłogi, ścian i wieszaka, którego przekupił kurtką. Nie wiemy – nie byliśmy, ale po występie mieliśmy wrażenie, że ziarnko prawdy mogło się do tego żartu faktycznie zakraść.

DSC_0961Mariusz ze Stand up Wrocław zdominował swój występ dzieląc się z publicznością swoimi chorymi wizjami. Nie mieliśmy mu tego za złe, bo od razu kazał nam je zapomnieć. Co duża część publiczności karnie zrobiła. Trochę szkoda, bo konwencja chaotycznego, nadpobudliwego standupera była w 1138 czymś nowym. Mariusz tak się rozbujał na scenie, że łapaliśmy się na tym, że wyginamy nasze ciała w kierunku, w którym akurat on to robi. Choćby wtedy, gdy parodiował chód kobiet, które nie umieją poruszać się na szpilkach. Mariuszowi to przypominało niewidzialnego psa, który koniecznie chce wy…..ć nogę takiej laski. Życiowa była opowieść o tym, jak mężczyźni sprzątają skarpetką to, co im się rozleje, a kobiety od razu lecą po mopa. Jak na zmuszanych do amnezji, sporo zapamiętaliśmy.

Jakub ze Stand up Bydgoszcz wygrał z kolegami w cuglach. Może pomogła obecność rodziców. A może tylko opłacił statystów – nie wiemy. Znajomi po jego występie podkreślali, że „chłopak jest megainteligentny” – to cytat. Idąc tropem niedawnej kanonizacji – to światło, bijące od niego ze sceny tym razem aż nas oślepiało. Było o „matce głupich”, „małostkowym czepialstwie”, o tym, że „o zmarłych źle się nie mówi” i o podnoszeniu jedzenia z ziemi w pięć sekund. A na deser o kredycie w banku i don Ryszardzie. Zaletą jego występu było niewątpliwie to, że on cały był monologiem, a już prawie do łez doprowadziło publiczność parodiowanie bakterii pędzących po pieguska. Pracował każdy mięsień jego ciała, każda komórka. Ani razu się nie zająknął, ani razu nie zgubił wątku – wszystko było dopracowane do perfekcji – nie wiemy, ile mu to zajęło, ale było niebanalnie, błyskotliwie i zwyczajnie zabawnie. Dużo lepiej, niż gdy na poprzednich występach mowa była o gównie. Bo, gdy o sraniu słyszymy od wszystkich standuperów po kolei – to… gówno jest już tylko gównem.

DSC_0979Bartosz ze Stand up Wrocław wrócił do mojego „ulubionego” tematu i na wstępie zapytał, czy ktoś w ogóle trawi kukurydzę. Na szczęście skecz nie był długi. Potem gość z Wrocławia zagłębił się w temat trójkątów. Szczególnie, gdy się facetowi wydaje, że będzie w tym zestawie singlem, a tu… niespodzianka. Pełen rozżalenia opowiadał o tym, że nawet robiąc świecę nie ma szans na seks oralny. Dużą część swojego monologu poświęcił dzieciom. Głównie je „hate’ował”. Ale potem ku zaskoczeniu wielu przerzucił się na „Modę na sukces”. Przy haśle – Ridge to instytucja. Kiedyś autentycznie na swoim weselu na plaży wpadł do pieca, ale po kilku odcinkach okazało się, że były tam… drzwiczki – ludzie ze śmiechu poprzewracali butelki. Skrytykował też bezdomnych pod sklepem, którzy zwracają się dzisiaj do kupujących: „Proszę Pana” zamiast „Kierowniku” albo „Cesarzu złoty”. Nie mógł też wybaczyć włodarzom swojego miasta, że na „Hej, Jimmy”, akcję polegającą na skrzyknięciu na rynek 7 tysięcy gitar, dają organizatorom, co roku 600 tysięcy złotych. – Kogo to interesuje, że banda amatorów gra „Hej, Joe”? – zastanawiał się.

Tymczasem tą bandą amatorów interesuje się całkiem zacne grono bydgoszczan.

Reklama