Opera Nova zatonęła w ogrodzie miłości

Wiktoria Raczyńska
,

Międzynarodowy skład „Il Giardino d’Amore” w swojej nazwie zainspirował się freskami autorstwa Giotta di Bondone oraz kantatą Alessandro Scarlatti pod tym samym tytułem. Młodzi muzycy z Włoch, Francji, Hiszpanii i Polski kierują się zasadą nieskończonej pasji do muzyki, dźwięków, opery, odkrywania nowych możliwości, ludzi i życia.

Dali temu dowód prezentując w bydgoskiej Operze Nova po raz pierwszy semi-stage (bez scenografii i kostiumów) operę Jeana-Philippe’a Rameau „Naïs”. I w tym wykonaniu nic nie było „semi”.

Gdy słyszy się, że ktoś proponuje obejrzenie spektaklu w formie „semi-stage”, to od razu automatycznie nasuwa się skojarzenie z czymś „na pół gwizdka”. Idziesz więc nie do końca przekonany, co zobaczysz – operę, balet, koncert, a już na pewno (jak się po fakcie okazuje) niegotowy na to, czego zaraz doświadczysz.

Zwieść też nie powinna nikogo zapowiedź, że to zespół młody, bo na koncie ma już takie osiągnięcia, że człowiek od razu nabiera szacunku i mimochodem prostuje się w fotelu. Zespół zawiązał się podczas Kraków Bach Festival w 2011 roku i poza licznymi udziałami w innych zagranicznych festiwalach ma już na swoim koncie tourné po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie oraz występ na Festiwalu Muzyki Dawnej w Nowym Jorku. Podczas ich drugiego pobytu w USA wystąpili między innymi w sławnym Carnegie Hall, a część zespołu poprowadziła lekcje pokazowe na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles i San Diego. Ich pobyt w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku był całkowicie poświęcony popularyzacji muzyki kościelnej i na tę okoliczność powołano do życia również chór, który współtworzy Il Giardino d’Amore do dzisiaj. Orkiestra nagrała cztery płyty.

Najpierw, gdy tylko wybrzmiały pierwsze tony violony (Łukasz Madej), teorby (Etienne Galletier) i klawesynów (Ewa Mrowca, Louis-Noël Bestion de Camboulas), przez ciało przeszło znajome ciepło ich subtelnie brzmiących dźwięków. I gdy do tego dołączyły w orkiestrze Stefana Plewniaka altówki (Katarzyna Litwiniuk, Anna Luiza Aleksandrow, Ivan Bertash), oboje (Xavier Miquel, Agnieszka Mazur) i fagoty (Krzysztof Lewandowski, Diane Mugot), człowiek poczuł jak powoli rozpuszcza się w baroku, jak tabliczka czekolady na słońcu.

Do tego zbliżającego się katharsis swój wkład dodali kolejno: nieświadoma miłości do boga mórz nimfa Naïs (śpiewająca tytułową rolę Natalia Kawałek), starający się o jej względy pod postacią śmiertelnika Neptun (Sean Clayton), wspierane tancerzami Opery Nova (choreografia: Iwona Runowska) Flora i Pasterka w jednej osobie (Cécile Achille) oraz srogi Jupiter, bóg nieba i równie przerażający Telenus, koryncki wódz i konkurent Neptuna (David Witczak), czy drugi z zalotników Asterion (Erwin Aros Aravenna). Do gustu publiczności zapewne najbardziej przypadły te fragmenty, gdy postaci tej pastorale héroïque zwracali się bezpośrednio do nich z wyciągniętymi dłońmi, jakby każdemu z osobna chcieli opowiedzieć tę historię.

Wizualizacje (video: Adam Nyk) kolejnych bogów, flory, nieba i rozstępujących się wód na chwilę zabrały nas jakby do kina. Chociaż gdy na ekranie ukazał się fruwający kolorowy ptak zatopiony w zieleni zabrakło mi projekcji w 3D, choć może to byłaby profanacja, ale skoro już prawie wdychało się zapach roślin, słyszało szum fal i czuło wilgoć na policzkach, to przy tym połączeniu mitologii rzymskiej, instrumentów barokowych i tańca projekcja 3D byłaby wręcz wskazana.

Młodzi artyści mają jeszcze tę cenną, acz niestety z wiekiem coraz rzadziej spotykaną cechę – skromności. Z niebios sprowadził mnie na ziemię wybuch gromkich braw. Do tej pory człowiek czuł się tak intymnie utulony tą barokową muzyką siedząc w półcieniu widowni. Teraz uświadomił sobie, że nie jest sam w odbiorze „Naïs”, bo jakże by mógł być. Długo trzeba było szukać wzrokiem reżysera Oliviera Lexy, ponieważ ten skrył się przy pulpicie sterującym. I chyba sam nie spodziewał się tak fantastycznej reakcji publiczności. A może dał wyraz tylko temu, że brawa należą się przede wszystkim artystom na scenie. W tej kwestii jesteśmy zgodni. To młode pokolenie, paradoksalnie muzyką dawną i starożytnym przesłaniem o miłości i pokoju na ziemi, zawojowało XXV Bydgoski Festiwal Operowy.

To był „il giardino” pełen oryginalnych odmian, niespotykanych woni, zniewalającej koloratury i doskonale pieczętujących ich wzrost ogrodników.

zdjęcie: archiwum zespołu S. Plewniaka

Reklama