O paryskim wróbelku, który porywał tłumy

Wiktoria Raczyńska
,

Życie Edith Piaf nie rozpieszczało. Śledząc jej karierę można by rzec, że całe swoje życie poświęciła poszukiwaniu miłości. Gdy już się zdawało, że ją odnalazła – los zabrał jej ukochanego na zawsze. Choreografia, którą w „La Piaf” stworzył Mauro Bigonzetti dla Litewskiego Teatru Opery i Baletu jest raz dowcipna i zmysłowa, to znów atletyczna, ale przede wszystkim piękna. Język ciała tancerzy jest niezwykle dynamiczny, co sprzyja wykreowaniu bardzo wyrazistych i przejmujących obrazów.

Edith Piaf była jedną z ikon piosenki francuskiej późnych lat 30., której wybuchowy charakter, rozpierająca wręcz energia, pasja i wytrwałość skupiona w niebywale drobnym ciele stały się podstawą do nadania jej przydomka „Wróbelek”, który przylgnął do niej już na zawsze.

Któż nie kojarzy takich utworów jak „Milord”, „Padam Padam”, „Mon Dieu”, „Mon Manège à Moi” czy uznanego za hymn podsumowujący jej życie – „Non, Je Ne Regrette Rien”. Co ciekawe, to nie ten utwór staje się najważniejszym muzycznym tłem spektaklu Bigonzettiego, ba, nie ma go w ogóle, tylko “La Vie en Rose” – będący jej muzyczną parafką. I ta właśnie róża jest dominującym rekwizytem spektaklu. A może niemym aktorem, który jeszcze raz pragnie dla nas zaśpiewać.

Mauro Bigonzetti wyraźnie okroił swoją opowieść z wszelkich skandali i plotek dotyczących życia Edith Piaf, które tak dobrze sprzedają się w filmie czy książkach biograficznych, a skupił się na tym, co najczęściej dotyka największe gwiazdy – samotności w tłumie.

Pokazał małą Edith w czerwonej sukience, utratę wzroku, gdy była dzieckiem, dorastanie z ojcem – cyrkowcem, występy uliczne ze słynnym „Padam padam”, gdy do głosu dochodzą tancerze. Śmierć ukochanego, boksera Marcela Cerdana, w katastrofie lotniczej, problemy z alkoholem, wewnętrzną walkę ze sobą samą. Ze sobą silną i nieugiętą i tą drobną, wrażliwą i wykorzystywaną.

Dwukrotnie zamężna, wychodzi z trzech poważnych wypadków samochodowych, których skutki doprowadzają do uzależnienia od morfiny, umiera w 1963 roku mając zaledwie 47 lat. Pochowana zostaje na cmentarzu Père Lachaise w Paryżu obok swojej córki Marcelle.

1-Piaf_GR1_DSC_6140_170419_047@2000px– Jej repertuar był czystą magią, która dotykała do żywego – mówił w wywiadzie dla „The Guardian”, Joël Huthwohl, kurator wystawy poświęconej artystce w Bibliothèque Nationale de France w 2015 roku. – Ona śpiewała z pozoru proste piosenki, obdarzone przepięknymi melodiami, które poruszały każdego, kto właśnie przeżywał podobne chwile w swoim życiu. Do dzisiaj uznawana jest za ikonę i skarb narodowy Francji. Zresztą ten włoski choreograf często oddaje hołd największym osobowościom w swojej pracy począwszy od „Mahlera”, przez „WAM” (Wolfgang Amadeus Mozart), po choćby „Omaggio a Bach”, czy „Caravaggio”. Mauro Bigonzetti pierwotnie stworzył „La Piaf” dla baletu Staatsoper w Hanowerze w 2010 roku.

Ten spektakl to jakby czarno-biały biograficzny film niemy, który, aby przyspieszyć bieg wydarzeń, często pokazuje kilka Piaf jednocześnie na scenie. Wszystko bardzo jednoznacznie przywodzi na myśl Paryż lat 30., począwszy od fryzur, przez aksamitne i koronkowe sukienki z obniżonym stanem, po buty (Ugnė Tamuliūnaitė i Mauro Bigonzetti). I muzykę, która nie zawsze jest autorstwa samej Piaf. W tle słyszymy też Jacquesa Brela, Gabriela Faure, Maurice’a Ravela, Francisa Poulenca. Wszystkie stroje mają brudno-wypłowiałe kolory – jakby zdjęte z celuloidowej błony. Tylko czerwień jest żywa i gorąca jak ogień – sukienka dziewczynki, „druga twarz” Piaf, róża, deszcz płatków na zakończenie.

I tu koniecznie trzeba wspomnieć dwóch kolejnych Włochów w ekipie realizatorów, oświetleniowców Carlo Cerriego i Massimo Consoliego. To niebywałe, jak ważne w tym spektaklu jest światło. To ono buduje emocje na równi z tańcem, czy mimiką twarzy artystów. Przejmująca jest struga światła rzucona pionowo w dół na różę osadzoną w środku sceny, która pozostaje z nami prawie cały spektakl, zachwycające jest światło puszczone w taki sposób, że nagle opuszki palców tancerzy stają się przezroczysto czerwone i najbardziej fascynujący moment – podświetlenie płatków róż spadających deszczem na ziemię, gdy scena tymczasem pozostaje czarna jak smoła.

I choreografia… przejmująca, momentami wręcz intymna, angażująca wszystkie najdrobniejsze części ciała, wykorzystująca je w najmniej oczywisty i spodziewany sposób. Przebogata w detale i mikroruchy ciała. Jeden z najciekawszych momentów tanecznych na scenie – partnerowanie Piaf versus Piaf. Jedna, w czarnej sukience (to zapewne ta wrażliwa, zagubiona i na pewno nieszczęśliwa Piaf) i druga w czerwieni, silna, zdecydowana, wręcz apodyktyczna. Najpierw tańczące jakby w lustrzanym odbiciu, gdy nagle ta druga zaczyna dominować, przekracza próg, prze do przodu, rządzi sceną, przejmuje władzę nad samotnością tej pierwszej.

I wzruszająca scena śmierci, bandaż, który podczas przedstawienia pojawia się symbolicznie kilka razy, najpierw na oczach małej dziewczynki, przypominający o tymczasowej utracie wzroku, Edith zdejmująca go z ręki boksera, potem spadający z nieba na znak śmierci ukochanego i wreszcie zmultifikowany, tworzący kopiec przysypany różami po pogrzebie Edith Piaf.

I nawet nie brakuje mi w tym spektaklu wspomnianego „Non, Je Ne Regrette Rien”, bo mam wrażenie, że ten utwór zaśpiewałaby ta ubrana w czerwień silna i stanowcza Edith Piaf, a Mauro Bigonzetti chyba chciał nam pokazać, że ta druga jednak czegoś żałowała…

1-Piaf_GR1_DSC_6295_170419_103@2000pxBalet „La Piaf” Litewskiego Teatru Opery i Baletu wystawiony został dwa razy podczas XXIV Bydgoskiego Festiwalu Operowego, który wciąż trwa nad Brdą. Festiwal zakończy się w niedzielę, 14 maja 2017 roku.

Reklama