Niesieni grą trzech tetryków

Wiktoria Raczyńska
,

Już przed premierą „Ptaka” Jerzego Szaniawskiego w reżyserii Magdy Drab dyrekcja nie ukrywała nadziei zastąpienia „Klubu kawalerów” właśnie tą produkcją tym bardziej, że ta pierwsza znika w styczniu po 100 wystawieniu z afisza na amen. I sądzę, że teatr znalazł właśnie godnego następcę, bo ten Ptak uniesie jeszcze niejeden wieczór w tych murach… chyba, że rozpocznie się remont.

„Ptak” z założenia miał być komedią, co nie jest takie proste do osiągnięcia w teatrze, ale Magdzie Drab na szczęście (bo to też propozycja sylwestrowa między innymi) z dużym smakiem się udało. Mówię smakiem, bo na udaną komedię składa się wiele elementów – błyskotliwy tekst, lekka gra aktorska, komizm sytuacyjny, muzyka i dźwięki poboczne (w tym spektaklu szczególnie), a nawet scenografia.

Przed premierą Emilia Piech podkreślała, że Magda Drab potrafiła scalić zespół i wprowadzić dobry nastrój do pracy – nie wiem, czy to właśnie zadecydowało o tym, że wszystko tam „gra”, ale na pewno się to czuło. – Zazwyczaj, jak jest za fajnie, to wychodzi tak sobie – powiedział mi niedawno pewien artysta. W tym wypadku „fajnie” było i na premierze. Wpływ na tę atmosferę mogła mieć i stara (przepraszam za wyrażenie) gwardia aktorów – Jakub Ulewicz, Jerzy Pożarowski i Marian Jaskulski, a także (młodszy) Paweł Gilewski. Ich luz sceniczny, zbudował to przedstawienie. Choć nie można chwały za to dobre wrażenie nie przypisać również i młodemu pokoleniu – Emilii Piech i Karolowi Nowińskiemu (świeżo po łódzkiej filmówce).

Fantastycznie w krótkich porciętach zagrali Jakub Ulewicz, którego z dużym sentymentem zobaczyłam znowu na deskach Teatru Polskiego – jego głos mogłabym ustawić sobie w porannym budziku i Paweł Gilewski, którzy z powodzeniem zagrali zasiedziałych na stołkach bliżej-nie-określonego miasteczka, pozbawionych własnego zdania, podlizujących się burmistrzowi (w tej roli Jerzy Pożarowski) urzędasów. Ich brak zdecydowania i wąski światopogląd pokazuje w spektaklu choćby przyjmowanie skarg petentów (tutaj prawie już z aktorskich bydgoskich zaświatów wyłania się Marian Jaskulski) ze swoim projektem. Każdą kolejną sprawę zapowiada wystrzał z pistoletów, z którymi wspomniani rajcy się nie rozstają. Bang, bang…

Ich satysfakcjonującą stagnację – po co coś zmieniać skoro jest dobrze – zaburza student, który zapowiada wypuszczenie ptaka. Większość dopatruje się tutaj co najmniej przewrotu, nadziei na zmianę, rewolucji. Na czwarte piętro, z tą nadzieją w sercu, wdrapuje się do studenta, nie bez wysiłku, córka burmistrza (w tej roli wspomniana Emilia Piech). I w tym miejscu, bo nie wypada spoilerować, choć ingerencji w tekst Magda Drab nie mogła zrobić zbyt wiele, ze względu na regulamin konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”, na który realizatorzy przygotowali spektakl, opowieść bym zakończyła.

Niemniej na duże uznanie zasługuje Karolina Fandrejewska, dzięki której klatka stała się miejscem spotkań zarówno rajców, jak i młodych – jedni i drudzy zamknięci w pewnych schematach, uwikłani w konwenanse. Lustra – odbicie, jakby dające im szansę na drugie wcielenie, przejrzenie się we własnej postawie. I deszcz konfetti, gdy do góry wzbija się tytułowy ptak. Spektakl fantastycznie dźwiękiem wypełnia Albert Pysk, wykorzystując do tego launchpada, własne możliwości wokalne oraz scratchowanie. Naśladowanie głaskania włosów, czy stąpania po podłodze publiczność przyjęła szczerym chichotem. Nie wspominając już o wystrzałach z pistoletów.

Sukces tego spektaklu niewątpliwie leży w jego uniwersalnym przesłaniu – osadzeniu ni to w 1923, gdy powstawał tekst, ni to w teraźniejszości, ale on go zawdzięcza nie tylko tekstowi, zgrabnie i z polotem odświeżonemu przez Magdę Drab, nominowaną właśnie do Paszportów Polityki, ale przede wszystkim aktorom z krwi i kości, którzy pokazali właśnie doskonały warsztat aktorski, i którzy za taki właśnie, powinni być obdarzani reżyserskim (i nie tylko) zaufaniem.

zdjęcie: Monika Stolarska

Reklama