Nie/podległy aktor

Wiktoria Raczyńska
,

Od początku festiwalu Prapremier w Teatrze Polskim w Bydgoszczy była już mowa o podległości kobiety, Żydów, gejów (homoseksualistów), ale nikt, tak jak sami aktorzy, nie pokazał dramatu podległości ich w teatrze, który każe im przybierać iście gombrowiczowską gębę i milczeć, jak marionetkom…, mimo że nie każda rola im odpowiada. „Mefisto” pokazuje w jak wielu aspektach naszego codziennego życia jesteśmy wtłaczani w trybiki systemu, który nie ma dla nas litości.

Każe nam grać role…, bo wszyscy jakieś role gramy. W korporacji, w urzędzie, w instytucji oświaty, prowadząc własną działalność. Te role zmuszają nas do przybierania „gęby” za każdym razem, gdy chcemy wyjść przed szereg, wykreować rzeczywistość na nowo, dla siebie, dla innych, zrobić coś nowatorskiego, zadbać o rozwój. Zderzamy się wtedy z systemem, według którego nie przystajemy do określonego schematu, do wzoru, zapala się czerwona lampka. Samodzielnie myśląca jednostka, staje się zagrożeniem, zapalnikiem w społeczeństwie, w którym wszyscy „jeżdżą prawą stroną”. – Chcesz mieć na chleb? Dostosuj się – wołają.

Kocham grę Grzegorza Artmana, kochałam jego grę, gdy grał jeszcze w bydgoskim teatrze za czasów Wodzińskiego/Frąckowiaka. Ubolewałam, gdy nagle odszedł. Ucieszyłam się, gdy wrócił, mimo że wrócił na chwilę. Artman w „Mefiście” Agnieszki Błońskiej gra Sumienie. W tym spektaklu myśli się czule o wszystkich aktorach, bo to kawał soczystego teatru… i współczuje, współczując zarazem sobie i swojej „gębie”.

„Mefisto” zrodził się z inspiracji powieścią Klausa Manna o tym samym tytule i filmu na jego kanwie węgierskiego reżysera Istvána Szabó z fantastyczną rolą Klausa Marii Brandauera (mieliśmy kiedyś okazję, m.in., o tej roli z nim rozmawiać). Mann portretuje w niej zachowanie Hendrika Höfgena, aktora, który po zwycięstwie nazistów w wyborach, za cenę kariery, podejmuje z nimi współpracę i… nie czuje się winny. – Jestem tylko aktorem. Chodzę do teatru, gram swoje role i wracam do domu. To wszystko – mówi Höfgen. – Jestem tylko artystą – mówią aktorzy Teatru Powszechnego. Wcielają się w role, które przydziela im reżyser, odgrywają je następnie na scenie, po czym idą do kasy odebrać wynagrodzenie. Czy mają prawo wyboru, czy mają prawo odmówić? Czy stali się współodpowiedzialni za „Klątwę” Olivera Frljicia, w której część z nich zagrała. Bo odniesień do „Klątwy” jest sporo. Jak żyć, żeby przeżyć. I mieć jednocześnie.

Pamiętam, jak kiedyś z trudem o swojej pracy rozmawiała ze mną Marta Malikowska, gdy nagle zobaczyła, że z powodu choroby koleżanki zdjęto z afisza spektakl, w którym grała (to kolejna aktorka TPB, którą z żalem żegnałam). Teoretycznie aktor może dokonać wyboru, ale ten wybór spowoduje łańcuch kolejnych zdarzeń, które mogą wymknąć się spod kontroli, aż do całkowitego jego unicestwienia. Wtrącą go w niebyt. Przypną łatkę „trudnego”. Co wtedy z ideałami, wartościami, dla których wybrał kiedyś taki kierunek studiów? Czy zawód aktora naprawdę jest „wolny”, czy my w swoich zawodach czujemy się „wolni”?

Gdzie zaczyna się i kończy ta wolność? Skoro teatr bez wsparcia Miasta i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie ujedzie (na myśl przychodzi festiwal Prapremier za czasów Wodzińskiego/Frąckowiaka i ich odwoływanie się od odmowy finansowania). Dlaczego wciąż uchodzi za działalność niszową, a w większości z nich „jedzie” PRL-em? Na tym tle, fragmenty wypowiedzi Wawrzyńca Rymkiewicza, Wandy Zwinogrodzkiej, Dariusza Karłowicza i Antoniego Libery wygłoszone podczas debaty ,,Teatr polski – tradycja i przyszłość”, która odbyła się w Belwederze 20 września 2017 roku wręcz szokują.

Wydaje się, że spektakl będzie przeniesieniem filmu z udziałem Krystyny Jandy i wspomnianego Klausa Marii Brandauera na deski teatru, gdy tymczasem dość szybko aktorzy ponownie wychodzą z ról, część z nich przedstawia się z imienia i nazwiska, część z nich uważa, że to nie ma znaczenia. Od początku wiemy z kim mamy do czynienia, to zbliża nas do siebie, upodmiotowia, pozwala dostrzec na scenie człowieka. Jest nawiązanie Marii Robaszkiewicz do przedstawienia „Mefista” z Teatru Powszechnego z 1983 roku, w którym zresztą już wtedy grała, jest fantastyczny monolog Karoliny Adamczyk, o tym jak wielkie role na swoich barkach noszą aktorzy, jest napis z „P na sankach” i odniesienie do deklaracji ideowej ONR-u. Aktorzy wymieniają kolejno, czego nigdy nie zrobią za cenę spokoju. Karolina Adamczyk wchodzi między rzędy krzeseł, aby usiąść na huśtawce spuszczonej na sam środek widowni, bujając się nad naszymi głowami śpiewa „Forever Young” zespołu Alphaville, Oskar Stoczyński rapuje ku pokrzepieniu serc. Największe brawa za tekst o Jelinek i bankietowych stołach na festiwalu w Wenecji otrzymuje jednak Aleksandra Bożek.

Agnieszka Błońska i Joanna Wichowska stworzyły spektakl, który układa się jak puzzle, z którego wyłania się obraz dzisiejszej rzeczywistości teatralnej, odpowiedzialności aktorskiej, o której wspomina Klara Bielawka, której rozkładówka w piśmie dla kobiet nie ukazuje się, bo coś ją podkusiło, aby opowiadać o cenzurze w teatrze i pracy nad „Klątwą”.

Kogo obchodzi spektakl o aktorach? – pyta Grzegorz Artman w swoim monologu.

MNIE obchodzi, Artman…,

ale cudu nie będzie.

Reklama