Nie odcinam się od Szklanej pogody…

Tomasz Welcz
,

Z Małgorzatą Ostrowską, która wzięła udział w koncercie pamięci Andrzeja Zauchy zorganizowanym przez Fundację „Serca Bicie” tym razem w Toruniu, rozmawiamy o nowym teledysku do piosenki „Meluzyna” z filmu „Podróże Pana Kleksa” oraz interpretacji utworów Andrzeja Zauchy.

Niedawno jedna z telewizji śniadaniowych zaprezentowała teledysk do utworu „Meluzyna”. Co skłoniło Panią po blisko trzydziestu latach do nagrania tej piosenki w takiej bardzo ostrej, rockowej wersji?

Wersja rockowa „Meluzyny” powstała kilka lat temu, a wszystko wzięło się z faktu, że ta piosenka jest ciągle żywa w pamięci fanów i stała się w pewien sposób kultowa. Nikt się tego nie spodziewał, ale to tak bywa z takimi piosenkami. I właśnie pod naciskiem fanów włączyłam ją do repertuaru koncertowego.

Ale jest także wersja klubowa…

Tak, nawet powiedziałabym dyskotekowa. I ona właśnie została zaprezentowana w tym programie. To znowu nie jest moja inicjatywa, ale ludzi, o których mi jakoś dziwnie mówić fani, bo oni już wyrośli z takiego „faństwa” totalnego i traktują to w sposób już bardziej dojrzały. I oni (firma „Panów Trzech”) zaproponowali, aby nakręcić teledysk do „Meluzyny”. Jest to produkcja niezwykle pracochłonna, w dużej części animowana. Właśnie na potrzeby teledysku powstała wersja dyskotekowa tej piosenki. To też było trochę poza mną, bo ja oczywiście udzieliłam głosu, ale powstał do niego całkiem nowy podkład muzyczny. Ja takich piosenek na co dzień nie robię. Traktuję to jako rodzaj żartu i jako naturalny fakt, że piosenka żyje. A „Meluzyna” ma już prawie trzydzieści lat, w przyszłym roku będziemy to świętować.

Takim, można powiedzieć, sztandarowym Pani utworem jeszcze z czasów występów z Lombardem jest oczywiście „Szklana pogoda…

„Szklaną pogodę” do tej pory śpiewam na koncertach i w żaden sposób się od niej nie odcinam, ponieważ wiadomo, że jest moim znakiem rozpoznawczym. Pewnie, że bywają momenty, kiedy mam jej szczerze dość, ale trudno się zżymać na to, że mam taką piosenkę w repertuarze. Wielu bardzo dobrych wokalistów chciałoby mieć taki przebój, który sprawiłby, że będą rozpoznawalni. Myślę, że jest jeszcze kilka innych utworów, na przykład „Lawa”, która gdzieś tam w pamięci ludzi istnieje.

Najbliższe jednak każdemu wykonawcy są jego nowe utwory…

Mam nadzieję, że ostatnia nagrana przeze mnie piosenka „Po niebieskim niebie” z muzyką Marka Jackowskiego też po latach uzyska szczególną pozycję, bo to jest piękna piosenka. Wielu ludziom jest ona szczególnie bliska. Tak twierdzą piszący do mnie fani. Spotykam też ludzi na ulicach, których bym nie podejrzewała, że słuchają mojej muzyki i wymieniają właśnie „Po niebieskim niebie”. To jest cudne.

Festiwal i koncerty Fundacji „Serca Bicie” promują młodych artystów, którzy mierzą się z repertuarem Andrzeja Zauchy. Jest Pani piosenkarką o dość ostrym, rockowym wizerunku muzycznym. Jak Pani podchodzi do interpretacji piosenek Zauchy?

Trudno jest zinterpretować utwory Andrzeja Zauchy w totalnie rockowym wydaniu. Trzeba pamiętać, że to kawał prawdziwej muzyki. Po prostu muzyki. Podziały na gatunki to jest rzecz wtórna i trochę sztuczna, one się zresztą zmieniają i te granice się przesuwają. Są to dobre kompozycje, a w wykonaniu Andrzeja Zauchy miały one przede wszystkim niezwykłą krwistość. Mam nadzieję, że te moje interpretacje się tutaj również mieszczą. Zresztą aranżacje nie odbiegają dalece od oryginałów i trzeba się w nich znaleźć. To jest trochę taka gimnastyka, ale i powrót do dobrej muzyki, niezależnie od gatunku.

Reklama