Mogła robić haczyki do wędek, ale zna się na kosmetykach

Wiktoria Raczyńska
,

Każdy kolejny Frymark Bydgoski jest dla nas odkryciem, zarówno produktów, jak też intrygujących osób, które chowają się skromnie za swoimi wyrobami. To, z jaką pasją opowiadają nam o wytwarzaniu swoich specjałów, czyni każdą wyprawę do „Mózgu” kolejną przygodą, której oddajemy się w co drugie niedzielne przedpołudnie z rozkoszą: podniebienia, ale i duszy.

Tym razem przysiadamy się do Katarzyny Ciesielskiej, która sprzedaje kosmetyki naturalne, a jej firma nosi nazwę „Elliksir”. Wcześniej trudno było nam z nią porozmawiać, bo zawsze wyczerpująco opowiada klientom o swoich kosmetykach. A ma na to patent…

– To, czym się obecnie zajmuję jest bezpośrednio związane z moim wykształceniem – mówi. – Nie wymyśliłam sobie tego z kapelusza. Wiem, jak to robić, aby nikt mnie nie próbował oszukać. Dobrze znam się na tym, jaki powinien być skład kosmetyków, aby nie szkodziły. Zawsze bardzo mnie pociągała praca laboratoryjna. Na szczęście, okazało się, że goście Frymarku szukają tutaj nie tylko dobrego jedzenia, ale także zdrowych kosmetyków. Nakładamy je na naszą skórę, która jest naszym największym organem i w tej sprawie jest wciąż wiele do zrobienia. Moje produkty nadają się dla skóry wrażliwej, alergicznej, jak również dla dzieci. Ponadto robię je na bieżąco, nie składuję ich trzy lata w magazynie. Tak samo jak zdrowe są świeży chleb czy wędlina, tak samo jest z kosmetykami.

Katarzyna Ciesielska z wykształcenia jestem towaroznawcą. Przez jakiś czas po studiach pracowała w kontroli jakości i to właśnie ją najbardziej pociągało – praca laboratoryjna. Do przejścia na własny rachunek długo dojrzewała.

– Pierwszym moim produktem był peeling – opowiada. – Miałam wiedzę, więc stwierdziłam, że zrobię go sama. Najpierw był etap próbowania na sobie, potem robiła to moja rodzina. Przecież nikt bardziej szczerze nie powie mi, co sądzi o produkcie. I tak grono klientów zaczęło się poszerzać. Z czasem, aby zadowolić różne gusta, zaczęły powstawać kolejne kosmetyki. Mój pierwszy peeling, na bazie olejków cytrusowych i alg, nazwałam „Rześkie cytrusy”. To był od razu hit – wciąż najlepiej mi się sprzedaje. Potem powstał „Leśny relaks” – mój ulubiony. Kolejna była „Waniliowa rozkosz”. Potem powstały sole, na przykład rozgrzewająca, którą zrobiłam dla chorego syna. Nie chciałam szpikować go chemią. On był moją inspiracją do powstania produktu do inhalacji. Ponieważ jestem firmą jednoosobową, mój proces dojrzewania trwa znacznie dłużej, ale wciąż w głowie kłębią mi się co rusz nowe pomysły.

Firma Kasi istnieje na rynku od trzech lat. Jak sama twierdzi, wciąż ma wiele do zrobienia. Na razie ma sklep internetowy. Mieszka w mieście uzdrowiskowym, uznała więc, że jest to dobra baza dla oceny swoich produktów. Tam może je sprawdzić pod różnymi względami – problemów zdrowotnych mieszkańców, jak i kuracjuszy przyjeżdżających z różnych zakątków Polski. Zaczęła od takiej inowrocławskiej wystawy gospodarczej, na której otrzymała wyróżnienie od prezydenta miasta. To jej firmie bardzo pomogło.

– Czuję się tutaj trochę odludkiem – mówi o swojej obecności na Frymarku. – Od jakiegoś czasu jeżdżę też na jarmark do Torunia i jestem jedyną osobą, która sprzedaje coś, co nie jest żywnością. Podobnie jest tutaj. Przez to brakowało mi na początku wiary, że się uda. A jednak. Już mam swoich stałych klientów. Im zawdzięczam to, że się nie zraziłam, nie poddałam. Przecież mogłabym robić haczyki do wędek, ale ja się na tym nie znam – za to znam się na zdrowych kosmetykach. Dzięki temu też opowiadając klientom o swoich produktach uwiarygadniam własną firmę.

Kasia podjęła się tego trudnego zadania, gdy na świat przyszło dziecko. Prowadzenie własnej działalności pozwalało jej usiąść do pracy na przykład w niedzielę wieczorem. Sama dysponowała czasem. A ponadto zawsze mogła, w przeciwieństwie do ciągle narzekających znajomych, powiedzieć, że ma najlepszego dyrektora. Jest osobą ambitną, choć przyznaje, że początek był bardzo ciężki. – To były tysiące maili z zapytaniami do różnych firm, instytucji, producentów opakowań – mówi. – Wciąż jest mi ciężko, ale skoro powiedziałam „A” to muszę powiedzieć „B”.

Jakiś czas temu dzięki inowrocławskiej lokalnej organizacji turystycznej podjęła też współpracę z Muzeum Brudu i Mydła w Bydgoszczy. Muzeum zaczęło sprzedawać moje produkty w swoim sklepie. Na początku się zastanawiałam: „peelingi w takim miejscu”, ale szybko okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Do muzeum przychodzą dzieci od przedszkola po liceum, a z tymi najmłodszymi mamusie, które bardzo sobie cenią zdrowie swoich pociech. I ta wiedza o zdrowiu, podczas warsztatów na przykład, jest tam jak najbardziej wykorzystywana. To mnie bardzo cieszy i dlatego cenię sobie bardzo współpracę z tymi młodymi i bardzo kreatywnymi ludźmi.

Reklama