Miłość umiera po cichu

Wiktoria Raczyńska
,

Teatr uczy, uwypukla nasze wady, wypomina błędy, wreszcie każe nam przystanąć na chwilę, zastanowić nad sobą, dialoguje z naszymi poglądami, pragnieniami… Taki teatr lubię – gdy widzowie przychodzą na premierę z konkretnymi postawami, ukształtowani, a wychodzą rozbici, jak puzzle, ale lepsi… zaraz wam o tym opowiem.

Jeszcze przed premierą „Końca miłości” (tekst: Pascal Rambert) w reżyserii Doroty Androsz, w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, Katarzyna Herman zażartowała, że ten spektakl powinien być grany parom na naukach przedmałżeńskich – daleka od prawdy nie była.

Juliusz Chrząstowski z kolei obawiał się, jak przyjmie go młodsze pokolenie (choćby jego 19-letni syn) stojący dopiero u progu wielkiej miłości. Bo sztuka traktuje o mężczyźnie, który spotyka się z żoną mówiąc jej, że: „To koniec. Nie będziemy tego dłużej ciągnąć”. Jego obawy okazały się uzasadnione.

I tak jak na początku widzowie mogą wątpić w sens takiej formy scenicznej, bo mowa o rozstaniu, które odbędzie się w czymś na kształt dwóch monologów, a znając kobiety – ich furie i skłonność to słowotoku – to rzecz wręcz niewyobrażalna, stąd i rozstanie mało wiarygodne. Tymczasem okazuje się, że monologi są tylko z pozoru monologami, a interakcja publiczności wręcz fascynująca (przynajmniej na pokazie przedpremierowym).

Nie chcąc zdradzić zbyt wiele z argumentacji obu małżonków, dlaczego mężczyzna odchodzi, i jak reaguje na to kobieta, aby pozostawić niedosyt i pragnienie przekonania się na własne oczy, czy „będą pierwsi, uda im się to zrobić tak, żeby wszystko poszło dobrze, wszystko będzie płynnie i będzie super” trzeba koniecznie wspomnieć, że ten spektakl nie byłby tak fenomenalny, gdyby nie zagrali go a) dojrzali aktorzy i b) aktorzy fantastycznie pracujący głosem.

Bo ten tekst trzeba rozumieć, trzeba go przesączyć przez siebie, trzeba go spić do ostatniej kropli. I oni to robią doskonale. Pauzują, zawieszają myśl, krzyczą, szepczą, jąkają się, popadają w nostalgię, nerwowość. Robią to świadomie i z ogromną precyzją. I tak nadają sens nie tyle tekstowi, co naszym doznaniom. Bo to słowo i pozawerbalna reakcja na nie jest tu najważniejsza. A te słowa ranią, przez cały czas od pierwszego dźwięku, pierwszej sylaby, do końca…

Dość powiedzieć, że mężczyzna zarzuca kobiecie, że stworzyła z ich związku mauzoleum, a przecież „życie nie jest kobiałką truskawek”. Czuje się uwięziony, choć nie zaprzecza, że kiedyś ją kochał, teraz jej nie poznaje. Chce skonfigurować ten związek. Jej spojrzenie i jej piersi nic już dla niego nie znaczą.

I od słowa „piersi”, muszę przyznać, choć to całkowicie i tylko moje subiektywne spostrzeżenie, zaczyna się właściwy spektakl. Bo przez pierwsze 15 minut, gdy mówi mężczyzna, widownia nie zdejmuje z niego spojrzenia (no może sporadycznie łypiąc kąta okiem na kobietę, ale po co, skoro ta milczy). I nagle, jak zaczarowani, od hasła „piersi” publiczność dostrzega również ją. Bo ona cały czas przecież gra, bo reaguje, a to ręką, a to brwią, a to kącikiem warg, to grzebiąc nogą w piasku. I od tej chwili ten spektakl (siedzimy po dwóch stronach sceny wzdłuż szerokiego pasa niebieskiego piasku, po obu stronach zakończonego równie niebieską ścianą) zaczyna przypominać mecz tenisa – mężczyzna mówi, kobieta reaguje – widownia śledzi oboje… głowa wędruje to w prawo, to w lewo i to dobrze. Publiczność rozumie. Tymczasem argumenty obojga odbijają się już tylko to od jednej, to od drugiej ściany.

I póki mówi mężczyzna, wydaje nam się, że ma rację. Cholera, no ma rację, tak się dzieje, tak się przydarza, to jest możliwe, znamy to z autopsji, znajomi to przeżyli, my to przeżyliśmy. Wśród widowni zaczynają ostrzej zarysowywać się postury męskie, jakby oni się nagle wyprostowali, jakby urośli, stali się silniejsi: „Tak. Właśnie tak bym jej powiedział, gdybym tylko chciał. Tak właśnie myślę. Myślę tak samo. Facet ma rację. Też tak miałem. No, ale jej powiedział. Brawo.” I ten stan tak trwa, póki nie nadchodzi jej kolej…

A „ona się nie zgadza”. Nie zgadza, gdy ich uczucia on nazywa fikcją. Nie zgadza, gdy chce skonfigurować ich miłość. – Ty myślisz, że nasz związek to staż z informatyki? – pyta. I im dłużej ona mówi, odbija jego argumenty, przytacza własne, tym bardziej na widowni maleją mężczyźni, garbią się, nikną w ramionach swoich kobiet. W ogóle pary coraz bardziej subtelnie ściskają swoje ręce: „Nas to nie spotka”. Ja nigdy ci nie powiem: „ To jest nasz dzień Dakota Building”. Oby…

Niewątpliwie reżysersko (Dorota Androsz) i dramaturgicznie (Michał Kurkowski) to było wielkie wyzwanie, aby mimo dwóch z pozoru monologów, tak zbudować postaci, by te zahipnotyzowały widzów. Juliusz Chrząstowski przez 45 minut odchodził nie tylko od Katarzyny Herman, ale od każdej kobiety na sali. Ale i Katarzyna Herman waliła argumentami nie tylko w scenicznego partnera, ale w każdego mężczyznę w teatrze.

I to nie było zerwanie: „bo mam kochankę, bo mam kochanka”. Tylko „bo już cię nie kocham”. W nim to kiełkowało od dawna – w ciszy. Ona – mimo zaskoczenia – stawia czoła argumentom. I tak, jak faktycznie można doszukać się wielu zbieżnych punktów w monologu mężczyzny w odniesieniu do rzeczywistości, tak (z własnych doświadczeń) rzadko się zdarza, aby tak mądrze na taki obrót wydarzeń zareagowała kobieta – to my dużo częściej bywamy mściwe i idziemy na wojnę…, ba nawet jeśli to my mamy kochanka.

Nie ma zatem między nimi znaku równości, nic nie idzie płynnie i nie jest super. I tylko dzięki niej „idą się rozwieść” w w miarę cywilizowany sposób. On – zapominając z czasem jej imienia, ona – zapamiętując najdrobniejsze gesty, obrazy, dialogi z ich związku. Dając widzom tylko jedną poradę małżeńską – aby „nie-lekce-sobie-kurwa-ważyli swoich elementów języka”, aby ze sobą rozmawiali i słyszeli się wzajemnie. Aby po ich miłości nie została pustynia, aby nie zgrzytały im w ustach obrzydliwe wyzwiska i puste frazesy, jak ziarenka piasku.

Poszłam na spektakl z młodą damą, obecnie lat 18. Po wyjściu z teatru zapytała mnie: Skoro tak skończymy, to po co w ogóle zaczynać? Długo musiałam jej tłumaczyć dlaczego warto…

Reklama