Ludzka Rodzina

Wiktoria Raczyńska
,

Rodzina, jaka jest każdy widzi. To jedyna rzecz w życiu, której się nie wybiera. I, jak mawiają niektórzy, z którą najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu… albo obrazie. A „Beksińscy” Michała Siegoczyńskiego, są jak każda rodzina, stety i niestety. A jego autorski tekst to czysta perełka.

Nie zamierzam rozczulać się tutaj nad książką „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej, która była dla reżysera inspiracją, czy filmem, choć sami mieliśmy okazję w ubiegłym roku, dosłownie 5 minut po seansie „Ostatniej Rodziny” Jana P. Matuszyńskiego podczas Camerimage w Bydgoszczy z Andrzejem Sewerynem rozmawiać, bo to rodzina Beksińskich w Teatrze Polskim w Bydgoszczy jest tu i teraz najważniejsza. Bo taka wiarygodna.

Każdy ma podobno w sobie jakiegoś demona. Tylko potrafi go w odpowiednim momencie dopieścić, albo uciszyć, albo coś…

Beksińscy też mieli w sobie takie demony, no może z wyjątkiem Zosi, choć Zdzisek potrafił namówić ją, aby pozowała mu nago, więc kto wie. Ale „Beksińscy” Michała Siegoczyńskiego są jakby bardziej nasyceni, nasyceni tekstem i to bardzo dobrym tekstem. Wszyscy wylewają z siebie ten tekst z prędkością strzałów z karabinu maszynowego i zdolnościami nadczłowieka o pamięci absolutnej, bo tu nie ma co dopatrywać się wyszukanej dykcji aktorskiej, zadumy choćby nad obrazem, milczenia introwertyka-samobójcy, flegmatyczności Zosi. Tu się dużo dzieje przez cały czas. I ten zabieg ożywia na nowo te postaci dla nas, dając upust naszej refleksji nad życiem i przemijaniem. Ale nie takim przygnębiającym, choć w krótkim czasie dosłownie „znika” pięcioosobowa rodzina Beksińskich, ale pełnym błyskotliwego dowcipu, ironii i dystansu do samego siebie. Bo tylko dystans chroni nas przed szaleństwem.

Zosia (wiarygodna do bólu Sylwia Zmitrowicz), jak wiele Zoś, matka-Polka, opiekująca się domem, Zdziskiem i Tomkiem, przeczulona na punkcie obu, niosąca na swoich barkach dodatkowo dwie matki (własną i teściową) aż do śmierci. Nawet w głosie wyczuwa się syndrom uległej, ofiary własnego losu, wychowania, misji.

Tomek (interesujący Radomir Rospondek), jak wielu Tomków, rozpieszczany w dzieciństwie, rozpieszczany w życiu dorosłym, nigdy nie odciął do końca pępowiny, poniżający własną matkę na każdym kroku, bo mu na to pozwala, w imię dziwnie pojmowanej miłości, przewrażliwiony na własnym punkcie, egocentryk-idealista.

Zdzisek (niosący z godnością starego Beksińskiego młody Tomasz Taranta), jak wielu Zdzisków, artysta cierpiący, gdy nie ma pieniędzy i sławy, nierozumiany przez społeczeństwo i krytyków, i gdy te pieniądze ma, bo za dużo zleceń na żądanie, pracy na akord, ludzi chcących go wykorzystać. Najlepiej czuje się w domu, na myśl o wyjeździe dostaje sraczki.

Rozmowa o zakupach rzucana w próżnię, bo kogo obchodzą u Beksińskich zakupy, kłótnia młodych kochanków, o łazienkę, o „byłego”, o rzucanie palenia w imię miłości, awantura o 30 wersję ulubionej zupy Tomka, czy niechęć obu mężczyzn do dzielenia się opłatkiem w Wigilię, dyskusje jak ich wiele w każdej rodzinie.

I dialogi przeplatane, piekielnie trudne, i jakie wymowne. Nakładające się na siebie rozmowy Piotra Dmochowskiego (multipostaciowa Michalina Rodak), marszanda z Beksińskim i Tomka z Beksińskim, a raczej do Beksińskiego, albo Zosi z Tomkiem, a raczej do Tomka. Szaleńczy natłok słów, scena w scenie.

Ponadto, tutaj nic nie dzieje się chronologicznie, ale przekaz wciąż jest czytelny i rzeczowy. Ktoś umiera, a jednak pojawia się w następnej scenie. Ktoś znika, a jednak wciąż żyje. Bo… życie toczy się dalej. Beksiński ginie (został zamordowany), żeby żyć nawet bardziej.

I w końcu Sanok, gdzieś tam z tyłu głowy Beksińskich, tęsknota za ciszą i wolnością, której brakuje zarówno Zdziskowi, jak i Tomkowi. Autorytarny ojciec Beksińskiego. Porażka projektu inżyniera Beksińskiego i nieskrywana radość pracowników Autosanu. „Zawsze będą ci wypominać te dolce.” Znajome obrazy?

I rzeczywistość równoległa, gdyby dokonali innych wyborów – Tomek odnajduje swoją nadkobietę w Ameryce, Zdzisek próbuje LSD migdaląc się z Cleo w świątyni Zosi, czyli w kuchni. Wyjeżdża na swój wernisaż do Francji. Zosia jedzie nad morze. Jak daleko byli od podjęcia tych decyzji? Dlaczego nie spróbowali?

W natłoku spraw, goniąc za szczęściem żyjemy, jakbyśmy nie żyli, czujemy, jakbyśmy nic nie czuli. Scenariusz pisze pustka. A żyć trzeba po swojemu. Bo żyć, a nie tylko być, trzeba chcieć. I wiedzieć, po co się jest. Bo jest się tylko raz, albo coś…

zdjęcie: Dawid Stube, Teatr Polski w Bydgoszczy

Reklama