Lista przebojów ku pokrzepieniu serc

Tomasz Welcz
,

„Straszny dwór” to taka opera Stanisława Moniuszki, która w zasadzie składa się z samych operowych hitów. Bo któż nie zna słynnych arii „Ten zegar stary” czy przejmującej „Cisza dokoła” („Matko moja miła…”), że o mazurze już nie wspomnę. I to wszystko można było zobaczyć i usłyszeć w najlepszym wykonaniu artystów Teatru Wielkiego z Łodzi, którzy ze „Strasznym dworem” przyjechali na XXIII Bydgoski Festiwal Operowy.

Zacznijmy od patriotycznych uniesień. Wiadomo, że muzykę do „Strasznego dworu” Stanisław Moniuszko napisał ku pokrzepieniu serc Polaków po stłumieniu powstania styczniowego. Reżyserka Krystyna Janda, nie pozostawia co do tego wątpliwości, bo przez cały spektakl wisi nad sceną sporych rozmiarów ryngraf z orłem z napisem: „Boże, zbaw Polskę 1863”. Ale jednocześnie serca nasze krzepią polskie obyczaje, tradycja.

Klasyka operowa, taka jak „Straszny dwór”, nie potrzebuje rewolucji, chociaż zawsze u reżysera może pojawić się chęć „dodania czegoś od siebie” albo też pójścia w stronę cepeliady. Krystyna Janda, na szczęście, ani nie miała takich chęci, ani też nie próbowała epatować siermiężnym folklorem. Wszystko za to jest wręcz dopieszczone w każdym szczególe, łącznie z padającym śnieżkiem w finałowej scenie opery (jakoś mnie to ujęło).

Bracia Stefan (Dominik Sutowicz) i Zbigniew (Patryk Rymanowski) wracają zimową porą z „wojenki” do swego dworu. Chcą się zająć pracą na roli przy współudziale swoich poddanych. Nie wyobrażają sobie jednak, aby u ich boku pojawiły się małżonki: – Nie ma niewiast w naszej chacie! Wiwat! Semper wolny stan! Ich ciotka, Cześnikowa (Bernadetta Grabias) ma jednak inne plany co do pozostawania przez jej krewniaków w wolnym stanie, mało tego, ma swoje kandydatki. Gdy dowiaduje się, że obaj bracia zamierzają odwiedzić Miecznika (Zenon Kowalski) w „strasznym” dworze w Kalinowie, którego dwie córki Jadwiga (Monika Korybalska) oraz Hanna (Patrycja Krzeszowska) słyną z urody, knuje intrygę…

Swoje plany, co do jednej z córek Miecznika, Hanny, ma także nowomodny pan Damazy (Robert Ulatowski), a i dziedziczki dworu próbują „sprawdzić” obu braci, czy aby nadają się na mężów.

W spektaklu łódzkiego Teatru Wielkiego porywa wszystko. Zachwyca orkiestra, doskonale zgrana, potrafiąca się idealnie dostosować do śpiewaków, ale także słuchająca siebie. Za pulpitem stanął Piotr Wajrak.

Znakomity jest baryton Zenon Kowalski. Szczególne wrażenie robi w jego wykonaniu aria-polonez z II aktu „Kto z mych dziewek serce której”, w której Miecznik, opowiadając jakich zięciów pragnie dla swych córek, kreśli idealny obraz Polaka-obywatela, rycerza i patrioty.

Jak zawsze oczekiwana aria Skołuby „Ten zegar stary” została zaśpiewana przez Grzegorza Szostaka fantastycznie. Piękna jest także aria Stefana „Cisza dokoła” w wykonaniu Dominika Sutowicza. I do tego piękne głosy Moniki Korybalskiej i Patrycji Krzeszowskiej.

W finale barwny mazur, w dodatku zatańczony na pochylonej scenie. Przepiękne stroje, które zaprojektowała Dorota Roqueplo. I jeszcze jedno, o czym koniecznie trzeba wspomnieć – wszystkie arie, ale także chóry zaśpiewane ze świetną dykcją, każde słowo docierało do widzów. Niepotrzebny chyba był wiszący nad sceną elektroniczny wyświetlacz z tekstem, tym bardziej że pojawiły się w nim… błędy ortograficzne: „płóg” oraz „ukarze” (od ukazywać). Trochę wstyd przy tym patriotycznym uniesieniu.

Widownia w każdym razie przyjęła inscenizację „Strasznego dworu” entuzjastycznie. Kilkuminutowa owacja na stojąco, okrzyki… No cóż, Moniuszko ciągle krzepi.

zdjęcie:  Joanna Miklaszewska

Reklama