Krzysztof Kowalewski: Polskich seriali nie oglądam, nie daję rady

Marek Tomaszewski
,

W tym roku nagroda za szczególne osiągnięcia w dziedzinie dubbingu, przyznawana na festiwalu Animocje, trafiła do popularnego aktora Krzysztofa Kowalewskiego. Jego głos można było usłyszeć między innymi w takich filmach jak „Lilo i Stich”, „Zebra z klasą”, „Szeregowiec Dolot”, „Auta”, „Ratatuj”, „Lato Muminków” i „Siedmiu krasnoludków ratuje Śpiącą Królewnę”, a także w polskiej wersji gier „Assassin’s Creed” i „The Elder Scrolls V: Skyrim”.

– Nie pamiętam poszczególnych ról, które dubbingowałem – mówił Krzysztof Kowalewski podczas spotkania z bydgoską publicznością. Jak przyznał, w dubbingu bardziej sobie ceni filmy animowane, nie przepada natomiast za podkładaniem głosu za innych aktorów. – Mam wrażenie wówczas, jakbym kogoś okradał – stwierdził aktor.

Dlaczego wybrał zawód aktora? Jak przyznał, nie miał specjalnie pomysłu na siebie. – Gdybym nie został aktorem, to nie wiem, kim byłbym. Przed maturą nie myślałem o przyszłości. Szybko jednak się okazało, że wszyscy moi koledzy mają już plan na siebie, a ja w końcu zostałem sam. I wtedy pomyślałem, że skoro moja mama, Elżbieta Kowalewska, jest aktorką to i ja w to pójdę. Odradzała mi, chociaż nie robiła tego w jakiś obcesowy sposób, mówiła, jaki to niewdzięczny zawód, ale ja nie posłuchałem. Nie żałuję, ale zawód to w istocie niewdzięczny i poniekąd niewolniczy, bo tak naprawdę cały czas trzeba w nim realizować czyjeś widzimisię.

Do szkoły teatralnej w sumie zdawał dwa razy, powiodło się za drugim. Początki jednak nie były łatwe. – Przez pierwszy semestr zastanawiałem się, co ja tu robię. Chciałem nawet zrezygnować ze studiów. Gdzieś pod koniec drugiego semestru załapałem i poczułem, że idzie mi lepiej. I tak zostało do dzisiaj – opowiadał Krzysztof Kowalewski.

IMAG2001W filmie debiutował w „Krzyżakach” Aleksandra Forda. – Debiut to chyba za dużo powiedziane. Grałem tam jednego z łuczników angielskich. Czy mnie tam widać? W pewnym sensie tak. Jest scena, gdy nagle łucznicy w tumanach bitewnego kurzu wypuszczają z łuków strzały. Ta czwarta strzała od góry jest moja – żartował Krzysztof Kowalewski. – Na planie spędziłem 1,5 miesiąca, z czego dni zdjęciowych miałem chyba ze dwa – wspominał.

Krzysztof Kowalewski w pamięci widzów zapisał się, między innymi, swoimi rolami w kultowych komediach Stanisława Barei: „Brunecie wieczorową porą”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” i oczywiście „Misiu”.

Odrzucił jednak rolę Anioła w „Alternatywach 4”. – Nie podobał mi się scenariusz, brakowało w nim polotu, ja byłem przyzwyczajony do innego rodzaju żartu, z czasów STS, do tekstów Stanisława Tyma. Kiedy obejrzałem film, nie żałowałem swojej decyzji – mówił aktor.

Radiowa postać pana Sułka to kolejne wcielenie Krzysztofa Kowalewskiego, w którym razem z Martą Lipińską stworzyli niezapomniane postaci. Do dzisiaj wiele osób pamięta słynne: „Kocham pana, panie Sułku. Cicho, wiem”. Czy w tych dialogach pani Elizy i pana Sułka było miejsce na improwizację? – To był precyzyjnie pisany scenariusz, ten żart był oparty o szyk słów, o składnię, tam nie było miejsca na improwizację – mówił Krzysztof Kowalewski.

Nie ma najlepszego zdania o współczesnym aktorstwie, nie ogląda też polskich seriali. – W gruncie rzeczy ten zawód został sprofanowany. Najgorsza jest ta masa serialowa, to prawie masa krytyczna, strasznie marna. A do tego jeszcze fatalne scenariusze. Aktorom brakuje odpowiedniego wykształcenia i – co najgorsze dla aktora – brakuje rozumu. Oczywiście, nie można wszystkich wrzucać do tego worka – są wybitni młodzi aktorzy, są też wybitne seriale, polskich jednak nie oglądam – nie daję rady.

Przyznał, że nigdy nie myślał o tym, aby stanąć z drugiej strony kamery ani o napisaniu scenariusza. – Bo ja jestem leniwy – żartował Krzysztof Kowalewski.

Reklama