Koniec miłości to aktorski challenge

Wiktoria Raczyńska
,

Tak mówią zgodnie o tekście Pascala Ramberta, grający w spektaklu, Katarzyna Herman i Juliusz Chrząstowski. To pierwszy oficjalny debiut reżyserski Doroty Androsz. Premiera w sobotę.

– Sztuka Pascala Ramberta istnieje w świadomości Europejczyków, mojej również, i na całym świecie od dobrych 3 – 4 lat. Natomiast sam artysta funkcjonuje w teatrze francuskim od minimum 20 lat. Jego droga jest dla mnie pewnym wzorem. Jest to artysta niezwykle subtelny, wręcz intymny. Badający (i dotykający) relacje między ludźmi, jak również to, co dzieje się w nas samych. I temu, mam wrażenie, dedykuje całe swoje artystyczne życie – tłumaczy decyzję o pierwszej premierze po wakacyjnej przerwie Łukasz Gajdzis, dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy.

Nie było to takie proste. Pascal Rambert rzadko oddaje reżyserię tego tekstu innym twórcom. A tym bardziej kobiecie. To, jednak, akurat okazało się skutecznym argumentem w rozmowie, jaką odbył z nim Łukasz Gajdzis.

– Bardzo trudno było zdobyć prawa do tego tekstu – przyznaje dyrektor bydgoskiej sceny. – Zgody na wystawienie tej sztuki Pascal Rambert udzielił mi w Helsinkach, podczas godzinnej rozmowy, rozpoczynającej się o 2.00 w nocy, słuchając o tym, że jesteśmy teatrem, który daje sobie szanse na zjawiska, których jeszcze nikt nie zrobił. Udało mi się go przekonać, że tutaj potrzebna jest kobieca perspektywa. I to go zaciekawiło.

Bo ten tekst jest niezwykły pod wieloma względami – przekonują jego twórcy. To rozstanie dwojga, szalejących kiedyś na swoim punkcie osób, które rozstają się monologując ze sobą/do siebie. Gdy w naturalnych okolicznościach kobieta na słowa mężczyzny: „To koniec” rzuciłaby w niego potokiem słów – tutaj ona (musi) milczy. To około 40-50 minutowy monolog Juliusza Chrząstowskiego, na który ona (Katarzyna Herman) reaguje jedynie subtelnymi gestami, podmuchami wręcz ciała, sylabami gestów, aby dopiero gdy on skończy „włączyć” swój monolog.

– Po raz pierwszy z dyrektorem teatru rozmawiałam o tej sztuce ponad rok temu i ten tekst od tamtego czasu w jakiś sposób we mnie kiełkuje – przyznaje Dorota Androsz, reżyserka spektaklu. – Potem rozmawiałam z Michałem Kurkowskim, dramaturgiem, który widział go w Awinionie zarówno o samym tekście, jak i możliwościach, które stwarza nam scena.

Reżyserka ucieka jednak od posądzeń o „kobiecą perspektywę” raczej w kierunku uniwersalności. Podkreśla, że nie ocenia ani mężczyzny, ani kobiety. Przygląda się obiektywnie emocjom człowieka. Drugi, ważny dla niej temat w tym spektaklu to komunikacja ponieważ są to dwa niezwykle długie, emocjonalne monologi. I można by powiedzieć, że tej komunikacji w ogóle nie ma, bo nie ma dialogów. Natomiast ona oczywiście jest i przebiega na bardzo różnych pozawerbalnych płaszczyznach.

– To jest ogromne wyzwanie – przyznaje Katarzyna Herman. – W gruncie rzeczy monodram jest łatwiejszy, bo jesteśmy w nim samodzielni, bierzemy coś od publiczności, reagujemy w kontakcie z nią. Natomiast tutaj jesteśmy z Julkiem jak dwoje alpinistów wchodzących na górę, podczepionych do jednej liny. Alpiniści mają ten zwyczaj, że jeżeli bardzo źle się dzieje z partnerem, to ten pierwszy ma w obowiązku, aby chronić siebie, odciąć linę. My się z Julkiem nie możemy odciąć. Jesteśmy jakby zespoleni ze sobą łańcuchem i bardzo współzależni. Bardzo pomaga nam to jakoś ruchowo poukładać, nałożyć na to jakąś teatralną formę Ola Lemm, odpowiedzialna za ruch sceniczny właśnie. Tym bardziej, że nie mamy na scenie ani stołu, czy łóżka, tylko piasek.

To również niezwykle odpowiedzialne aktorsko, gdy pierwszy monolog trwa około 40-50 minut, aby odpowiednio reagować, i to bardzo subtelnie.

– To jest taki challenge aktorski, taki rodzaj duodramy, której nie da się sklasyfikować – przyznaje lekko przerażony, jak sam mówi, Juliusz Chrząstowski, który gościł u nas dokładnie rok temu podczas Festiwalu Prapremier z „Weselem” Jana Klaty z Teatru Starego w Krakowie. – Mężczyzna spotyka kobietę, aby jej powiedzieć, że to koniec. Mówi non stop około 50 minut, a ona nie reaguje. Normalnie nie do pomyślenia. Ten challenge polega na tym, aby to wszystko uzasadnić i uwiarygodnić. Bo nie sztuką jest nauczyć się tekstu na 60 minut, ale żeby to powiedzieć z sensem, gdy ona stoi naprzeciwko i milczy. Czerpię od niej najdrobniejsze reakcje – mrugnięcie okiem, skurcz palca – to wszystko zasysam, aby pozostać w pozornym dialogu.

Podobnie subtelną rolę odgrywa muzyka Piotra Peszata. – Ja podszedłem do tego mniej emocjonalnie – przyznaje. – Udźwiękowienia akcji aktorów widzowie raczej nie uświadczą. Raczej będzie to działanie na pograniczu ciszy, szmeru, czegoś, co doświadczamy, ale nie jesteśmy pewni skąd się wydobywa.

– Ten spektakl wymaga też bardzo dużo od widza – zauważa Katarzyna Herman. – W dobie komunikatów: „To chyba nie to”, „To koniec” wysyłanych sms-em, jakiej kondycji i uwagi potrzeba, aby skupić się na takim tekście i ten komunikat przyjąć…

… o tym przekonamy się już w weekend.

Pokaz przedpremierowy już 7 września, o godzinie 19.00, premiera 8 września, o godzinie 19.00 oraz 9 września, o godzinie 16.00. Spektakl wróci po krótkiej przerwie 28 (17.00), 29 (19.00) i 30 września (16.00) oraz 8 października w ramach Festiwalu Prapremier.

Reklama