Jazzowe brzmienie w Tramwaju

Wiktoria Raczyńska
,

Maciej Prus udowadnia przede wszystkim, że nie ma potrzeby uwspółcześniać i tak już współczesnej opery „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennessee Williamsa. I że spokojnie można wymazać z pamięci odbiorcy kultowy obraz Marlona Brando w roli Stanleya „Polaczka” Kowalskiego.

Minimalistyczna scenografia Jagny Janickiej inspirowana Edwardem Hopperem podkreśla z jednej strony dojmującą biedę klepaną na co dzień przez Stellę Dubois i jej męża Stanleya Kowalskiego, jak jest też czwartym aktorem, zaraz po Blanche Dubois, Stelli i Stanleyu, który wzmaga uczucie przygnębienia, rozczarowania, i dramatyzmu narastającego stopniowo wokół postaci Blanche właśnie. Wydaje nam się bowiem, że do Stelli przyjeżdża siostra, która z przepracowania, odsunięta od tablicy na pewien czas przez dyrektora szkoły, odwiedza rodzinę w Nowym Orleanie, aby odpocząć i naładować baterie…

Przyzwyczajeni do oper klasycznych, XVII czy XVIII-wiecznych musimy dać sobie chwilę na „ogarnięcie” brzmienia „Tramwaju… z Teatru Wielkiego w Łodzi. Przypomina on bowiem momentami bardziej melorecytację niż śpiew operowy. Są tacy, którzy twierdzą, że opera w języku angielskim brzmi co najmniej dziwnie, mimo że jest to język stworzony wręcz do śpiewania. I owszem, również chwilę potrzeba, aby nasz słuch nawykł do tego języka. I tu mały zgrzyt – chwilami zaskakuje dosłowne tłumaczenie – jakby żywcem wzięte z google tłumacza.

Najcenniejszą wartością tej opery jest dramatyzm postaci (libretto Philippa Littella), a nie nonszalancja zmian dokonana na tym dziele. W ten sposób publiczność ogląda jakby spektakl teatralny i serial telewizyjny jednocześnie – oba gatunki doskonale znane Maciejowi Prusowi. Akt pierwszy pozwala trzem głównym bohaterom grać na pozór równe role. Nie ma tu też szczególnie popisowych arii. Za to możemy powoli przywiązać się do bohaterów. W II akcie już wiemy, że Blanche, poza wiekiem i zmarszczkami, coś przed nami ukrywa. Ślepa miłość Stelli do Stanleya usprawiedliwia furię męża. Ten, nie mogąc przeżyć utraty spadku wyszukuje kolejnych świadków rozwiązłości Blanche. Napięcie między bohaterami narasta…

Aleksandra Wiwała (Stella) doskonale radzi sobie u boku doświadczonej Joanny Woś. Przekonuje zarówno jako ofiara dominującej starszej siostry, jak i ofiara przemocy domowej. Nie ma też problemu z intymnością w parze z Szymonem Komasą. Ten z kolei, choć fizycznie odbiega od kultowej roli Marlona Brando, to jednak potrafi przekonać swą grą publiczność. Wraz z reżyserem stworzyli tę postać od nowa, nie próbowali kopiować, kombinować, odtwarzać – co prawda niektórych przekonują dopiero jego gołe pośladki – on przecież MUSI przebrać się w piżamę na scenie (ostatnio częsty zabieg w teatrach), to jednak jego prostactwo i ataki szału są doskonale wyważone, a władza nad Stellą niepodważalna.

Doświadczona scenicznie Joanna Woś fantastycznie wzbudza naszą niechęć, i to jest w tym przypadku komplement. Jej syndrom małej dziewczynki i huśtawka nastrojów odpowiednio irytują i pozwalają wierzyć, podążając za podejrzeniami Stanleya, że siostra coś ukrywa. Dwuznaczna w tym względzie jest również jej niechęć do pokazywania się w pełnym świetle (Rafał Wróblewski). Partneruje jej od II aktu Mitch (Tomasz Piluchowski), kolega „od kart” Stanleya, z którym Blanche ma nadzieję wreszcie ułożyć sobie życie. Na drodze do jej szczęścia staje jednak przytomny Stanley, który zdradza koledze burzliwą przeszłość kobiety. Mitch, maminsynek, odpycha Blanche, która nie zasługuje na szacunek jego matki, co ostatecznie wpędza Blanche w obłęd.

Obłęd również fantastycznie „wygrany” na scenie, podobnie jak wcześniej niedopowiedziany gwałt, którego (nie) dopuszcza się Stanley. Dopiero III akt to popis koloraturowego sopranu Joanny Woś. Wciąga jakby w otchłań jej splątanych myśli i zaburzonego umysłu. Wibruje w głowach, wzmagając uczucie niedostosowania i zaprzeczania rzeczywistości. Tracimy poczucie realności – co w obrazie, który nam przedstawiają jej faktem, a co fikcją. Co, z tego co opowiadała nam Blanche to prawda, a co fałsz. Patrzymy na nią to z obrzydzeniem, to z fascynacją. A splątanie w scenie kulminacyjnej, w sukni ślubnej – kaftanie bezpieczeństwa – i jej droga do ostatecznego unicestwienia – powolna, przytulona do ściany znikająca w ciemności postać – jak wycięte żywcem z filmów Stanleya Kubricka.

Do tego bardzo trudna muzyka (kierownictwo muzyczne: Tadeusz Kozłowski, dyrygent: Marta Kosielska), której napisania podjął się dopiero w 1995 roku André Previn. Czuć rękę czterokrotnego zdobywcy Oskara za muzykę filmową. Oj, czuć. To muzyka dopowiada stany emocjonalne głównych bohaterów, to ona prowadzi nas po uliczkach Nowego Orleanu, to ona wreszcie wiedzie nas tramwajem „Pożądanie”, przez Cmentarz do Pól Elizejskich. Uspokaja furię Stanleya to prowokuje Blanche, gdy Mitch chce wreszcie zobaczyć jej twarz przy dziennym świetle. Fantastycznie wypełnia również przestrzenie między dialogami.

Maciej Prus z należytym szacunkiem oddaje hołd tej historii, dając zaistnieć jej bohaterom na nowo, w bardzo udanych odsłonach, tym bardziej, że to deski sceny operowej, gdzie kunszt śpiewu mógłby usprawiedliwiony przyćmić aktorstwo. W tym „Tramwaju…” tak jednak się nie dzieje. Mamy zatem wciągający obraz teatralny okraszony doskonałą muzyką i popisami solistów. Po czym Maciejowi Prusowi spokojnie pozostaje zanucić, „bo we mnie jest jazz…”. I nawet te pośladki można mu darować, w końcu człowiek to słusznej daty i odrobina zbereźności już mu na pewno nie zaszkodzi, a i Komasie poszerzy jedynie zacne już grono wielbicielek – talentu wokalnego oczywiście.

Reklama