Jakiego Słowackiego chce młodzież?

Wiktoria Raczyńska
,

Justyna Łagowska wyreżyserowała „Balladynę. Wojnę wewnętrzną” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy skupiając się przede wszystkim na postaci głównej bohaterki, odrzucając całkowicie wątek polityczno-społeczny. Chcąc przekonać młodzież do Słowackiego, osadziła dramat/balladę w czasach współczesnych. Tym samym Balladyna staje się piosenkarką/celebrytką. Co na to sami zainteresowani?

Może to złudzenie, ale w pewnym momencie zdało mi się, że jeszcze takiej ciszy na widowni w Teatrze Polskim w Bydgoszczy nie słyszałam. Napięcie, skupienie, zamknięcie na odbiór. Nie dość, że Słowacki sam w sobie piekielnie trudny jest, to jeszcze aktorzy grający po dwie role, skaczący po kanapach, tudzież po scenie w dzikim tańcu weselnym, czy co rusz to pojawiająca się, to znikająca postać dziewczynki/zjawy. A może to objaw konsternacji – ale o co chodzi?

I do tego język oryginału, ale nie deklamowany. Wypowiadany bardziej jak rozmowa z widzem, starannie dopilnowany, aby się nie rymował, mimo że taki właśnie jest – rytmiczny. Taki staje się tylko na chwilę – w piosenkach, które są dopełnieniem spektaklu, a może jego siłą sprawczą. Bo niby jak inaczej dzisiaj skupić uwagę młodzieży? Jednak uznanie, że do 17-latka dotrze się z literaturą najlepiej przez garage punkrockowe basy (trochę elektro i disco) chyba nieco im ubliża. Choć czy do nastolatka dotrze się z jakąkolwiek literaturą? Teraz ja ubliżam.

Przekonanie bydgoskiej publiczności do Balladyny jest o tyleż trudne, że większość stałych bywalców teatru ma jeszcze w pamięci Samuela Zborowskiego, w reżyserii Pawła Wodzińskiego, wystawionego dokładnie 28 marca 2015 roku na tych samym deskach. I o ile dalecy jesteśmy od porównań, to jednak trudno nie ulec złudzeniu, że tutaj zabrakło przede wszystkim spójności i przejrzystości obrazu.

Dagmara Mrowiec-Matuszak, co prawda dwoi się i troi, aby każda z granych przez nią postaci (Goplana/Balladyna) wyrażała inne emocje, doprowadzając wręcz swoją mimikę twarzy do absurdu, to nie do końca jej się to udaje. Nie zawsze czytelna jest bowiem rola Balladyny jako piosenkarki i wcale nie tak mocno zarysowana, jak zapowiadała to reżyserka. Przez wchodzenie i wychodzenie z roli, widzowie dostają oczopląsu czy grana właśnie postać to Goplana, Balladyna czy Balladyna/piosenkarka, bo ta ostatnia momentami jest bardziej Słowackiego, niż Łagowskiej.

Za to w przypadku Marcina Zawodzińskiego to jedna z jego ciekawszych ról (Grabiec). Jest niezwykle ekspresyjny, a do tego śpiewa (bez szału), tańczy (jak oszalały) i płacze rzewnymi łzami. Przekonuje w każdej granej przez siebie odsłonie. Zazwyczaj trzymany jakby z dala od dominujących ról, tutaj jakby pęka od dawno tłumionych scenicznych emocji. I do tego nawiązuje fantastyczny kontakt z widownią. Zresztą już nie po raz pierwszy „stara gwardia” Teatru Polskiego pokazuje klasę. Oby młodzi chcieli się od nich uczyć.

Interesująca jest również rola Andrzeja Jakubczyka (Pustelnik/Chochlik). Jego gra hipnotyzuje, choć nie można pozbyć się wrażenia, że gdybym spotkała go w każdych innych okolicznościach przyrody, wiałabym gdzie pieprz rośnie – twarz stworzona do filmów Patryka Vegi. Czego nie można z kolei powiedzieć o Alicji Mozdze tym razem. Nie leży jej ani rola Wdowy/Skierki, ani piosenkarki – wyje niemiłosiernie, na szczęście tylko chwilę. I do tego cały spektakl gra jedną miną. Z Pawłem Paczesnym mam jeszcze większy problem (Kirkor), bo albo jego pomysł na tę postać jest po prostu chybiony, albo chłopak nie ogarnął roli. Mówiąc w skrócie, jego Kirkor to rycerz/playboy co najmniej nie(do)rozwinięty.

Na uwagę zasługuje za to wideo Tomka Michalczewskiego. Bardzo ciekawe pomysły na wykorzystanie kamery – praktycznie każda sekwencja, poza zbliżeniami twarzy aktorów, „mówi” coś innego. Jest odtwarzanie wyznania Balladyny jakby w retrospekcji, czy dowodu w sądzie, jest obraz pukającego do drzwi frontowych teatru Marcina Zawodzińskiego, wykorzystanie laptopa, jest wreszcie screenshot z Fanpage’a Grabca. Jest obraz, który pojawia się na wszystkich ekranach lub dzieli na pojedyncze.

Na pewno też muzyka Roberta Piernikowskiego zasługuje na uznanie – szczególnie trzy pierwsze utwory intro, grane po sobie (choć wprowadzenie niepotrzebnie przydługawe), jak na próbie w jakimś garażu – trochę na wzór teledysku do piosenki „Don’t speak” zespołu No Doubt. Problem w tym, że momentami nagłośnienie zagłusza tekst, a szkoda, w końcu to Słowacki, a ten jak wiadomo wielkim wieszczem był. Może stąd widownia tak wytężała słuch. Bo na muzykę, naprawdę dobry bit, nie zareagowała, może próbowała z niej wyłuskać trochę „malin”.

Kolega zastanawiał się, dlaczego człowiek, jak przychodzi do teatru na dwie godziny, to nie może się wygodnie w fotelu rozsiąść? Tylko korytarzami (koło WC) każe mu się potykać o kable i pakować na krzesła na scenie głównej. Przedstawienie kameralne – a za plecami pusta widownia. Niedorzeczne? Może to jakaś moda w teatrach (też nie pierwszy raz w TPB). To takie nowatorskie wykorzystanie przestrzeni. Nie wiem. Za to wiem na pewno, że gdy dyrektor teatru Łukasz Gajdzis, podkreślał przed premierą, że od siedmiu miesięcy na każdym spektaklu jest 90-procentowa frekwencja, to w tym przypadku nie trudno będzie osiągnąć 100…

P.S. Byłam drugi raz. Okazuje się, że nagłośnienie można poprawić, dykcję też.

zdjęcie: Michał Szlaga Fotograf dla TPB

Reklama