I wszystko dobrze się kończy… Jak to w bajkach

Marek Tomaszewski
,

W tym spektaklu nie ma czarnego charakteru, nawet smok okazuje się nie taki do końca groźny, a zabity zostaje w zasadzie przez pomyłkę. Nie ma także jednoznacznego pozytywnego bohatera, z którym widz mógłby się utożsamiać. „Sprzedawcy bajek”, najnowsze przedstawienie Teatru Polskiego, adresowane do najmłodszej publiczności (jak napisano w programie dla dzieci od 6 lat), nie jest lukrowaną historyjką, w której od samego początku do końca wszystko jest jasne.

Jakub Krofta, reżyser spektaklu, oraz Maria Wojtyszko, autorka tekstu, po raz kolejny udowadniają, że nie ma lepszych specjalistów od bajek. Bardzo ładnie „ułożony” spektakl z pewnością trafia do tego szczególnego widza, który ma swoje wymagania, a jego oceny bywają surowe.

W tym spektaklu jest wszystko, co kojarzy się z klasyczną bajką: zamek, smok, księżniczka, magia, król, miasteczko, ciemny las i tajemnica… Tajemnica rodzeństwa, tytułowych bohaterów, które zamieniając się strojami, wpada w wir różnych pomyłek i dziwnych sytuacji, z których nie bardzo wie, jak się wyplątać. Żeby było wszystko jasne, całość dobrze się kończy, jak to w bajkach. Chociaż akurat w przypadku tego przedstawienia dzieci nie otrzymują jakoś specjalnie ułagodzonej wersji wydarzeń dziejących się na scenie. Takie słowa jak: oszustwo, kłamstwo, zabić – padają dosyć często. A niektóre scenki spowija dość mroczny klimacik. Reakcja dzieci? – A czemu jest tak ciemno? Kiedy zapalą światło? No cóż, dziecko zawsze szczerze zapyta.

Także pojęcie dobra i zła w tym spektaklu jest dość względne. Jego autorzy dają tutaj dzieciom pole do własnych poszukiwań. Z pewnością młodzi widzowie dowiedzą się, czym kończy się kłamstwo, że zawsze wychodzi na jaw, a żeby być szczęśliwym, nie trzeba wychodzić za księcia i zamieszkać na zamku. I niech zwycięża miłość!

DSC_2540Emilia Piech i Damian Kwiatkowski, wcielający się w rodzeństwo – tytułowych sprzedawców bajek – bawią i wzruszają. Sprawiają, że dzieci bezbłędnie odczytują cel przebieranki między siostrą i bratem oraz wszystkie tego następujące po sobie skutki i konsekwencje.

Autentycznie zabawna jest Michalina Rodak jako księżniczka –przypominając nieco współczesną rozwydrzoną nastolatkę, ale jednocześnie nie wychodząc z „księżniczej” roli. Salwy śmiechu wywołuje tłumacząc, dlaczego uciekła z zamku (bo jest nudno, a ona chce wyjść za mąż za księcia).

Nie wiem, ile ról bajkowych królów przyszło grać Mirosławowi Guzowskiemu, ale w „Sprzedawcach bajek” wydaje się jakby do tego stworzony: niby groźny i surowy, ale to tylko pozory. Jak to w bajce…

Scenografia autorstwa Matyldy Kotlińskiej ciekawie wpisuje się w bajkowość przedstawienia i w wyrazisty sposób je uplastycznia. Nie ma tutaj jakichś skomplikowanych, dziwnych konstrukcji czy niepasujących rekwizytów. Nie widać także w całej okazałości uprzykrzającego życie mieszkańcom miejscowości smoka. Pojawia się on w postaci cienia oraz łypiącego oka. Straszy wystarczająco. Trafione barwne kostiumy – także autorstwa Matyldy Kotlińskiej.

Jak stwierdziła Maria Wojtyszko, wbrew konwencji, która obecnie jest często wykorzystywana w spektaklach dla dzieci, nie uwspółcześniała języka, ale starała się go trochę spatynować, nadać mu taką specyficzną stylistykę. Być może zawiodło mnie ucho, może dlatego, że nie jestem już dzieckiem, a wprost przeciwnie, ale przyznaję, że ja tej patyny nie dosłyszałem. Co nie znaczy, że obniża to w jakikolwiek sposób wartość tekstu. A z tego, co zauważyłem, dorośli bawili się równie dobrze jak dzieci.

Zasłyszane po premierze: – Myślałam, że zrobią jakąś psychologiczną bajkę, gdzie nie będzie wiadomo, o co chodzi. A to jest po prostu prawdziwa bajka…

Reklama