„Dziadek do orzechów” lśni pełnym blaskiem

Wiktoria Raczyńska
,

Ulice tętnią świąteczną gonitwą za prezentami, dzieci rzucają się śniegowymi kulkami, ktoś poślizgnął się na lodzie, wszyscy zmierzają na bożonarodzeniową wieczerzę. Klara zachwyca się „Dziadkiem do orzechów”, tak jak my zachwycamy się jego premierą.

Dość powiedzieć, że na sukces „Dziadka do orzechów” Piotra Czajkowskiego wystarczy skromność doskonałego choreografa, onieśmielająca wyobraźnia scenografa i nietuzinkowy gust kostiumologa. Te trzy niezwykłe charaktery skradły show bydgoskiej publiczności w ubiegły weekend podczas premiery najnowszego spektaklu Opery Nova w Bydgoszczy, w której pierwsze skrzypce pierwszy raz od dawna zagrał, a raczej wytańczył balet.

Już pierwszy obraz po podniesieniu kurtyny sygnalizuje, że przedstawienie będzie miało rozmach. Na scenie wyrastają wysokie kamienice, których dachy otula śnieg, obraz ludzi zabieganych od sklepu do sklepu, zachwyconych widokiem kolorowych witryn, natychmiast wprowadza w klimat zbliżających się świąt. Jak widok Długiej, Gdańskiej czy Dworcowej za ich najlepszych czasów. Ostatni spóźnialscy robią zakupy. Tę scenę widzimy jakby przez mgłę, bo od widowni oddziela ją przezroczysta kotara, w której odbija się obraz spadającego płatkami śniegu. Jednak to aktorom nie przeszkadza podejść do nas bliżej, defilują przed nami radosnym, podekscytowanym krokiem, co rusz ktoś ślizga się na lodzie, przewraca, otrzepuje palto, zbiera porozrzucane prezenty i pędzi dalej… na świąteczną wieczerzę. Radość jest wszechobecna. Zaraźliwa. Powoli budzi się w nas dziecko.

I tylko co rusz po ziemi nieśpiesznie, bezgłośnie sunie mała mysz… (mechaniczna zabawka).

– Już pod koniec dnia ta praca staje się bardzo osobista – to walka z ego, moją i ich wrażliwością – to nie tylko kwestia wyegzekwowania określonych kroków, ale cały proces wprowadzenia tancerza w taki stan, aby ten czuł się komfortowo stojąc twarzą w twarz z setkami ludzi na widowni – mówił nam na dwa tygodnie przed premierą „Dziadka do orzechów” Paul Chalmer. – Każdy z nich na scenie nie tylko rozkwita w innym tempie, ale ma też inny kwiat i swój indywidualny zapach. Ale wciąż w bukiecie, gdy zawieje wiatr muszą ugiąć się w tym samym momencie.

I ten bukiet, złożony przez kanadyjskiego choreografa z tak różnych kwiatów, naprawdę zachwyca. Widać ogromny wkład psychologiczny, o którym wcześniej wspominał nam Paul Chalmer. Niezwykle ujmująca podczas premiery jest scena, gdy ten, odbierając brawa publiczności, stojąc koło Księcia (w tej roli Tomasz Siedlecki) poklepuje go po plecach. Tak nauczyciel prostym gestem chwali swojego ucznia.

Bardzo przekonujący w swej roli jest również Seiru Nagahori (psotnik Fritz) wożący dziadka wózkiem po scenie, wchodzi w zakręty jak Kubica podczas zawodów i Leo Clarke (Król Myszy), któremu trudna maska nie ułatwia wytańczenia wymagającej często choreografii. Maciej Figas faktycznie momentami mógł się obawiać, że ktoś skończy głową w orkiestronie. I tak, jak kocham pierwsze obrazy, gdzie pokazuje się widzom cały świat, w który scenograf chce nas zabrać (a z Mariuszem Napierałą poszłabym i na jego kraniec), tak nie można nie docenić części popisowej, w której zachwycają w tańcu arabskim Joanna Oleś-Strojna, Michał Lewandowski i Tomasz Wojciechowski, a w tańcu chińskim Sylwia Brzezińska i Krzysztof Górski oraz sam smok. Mając za plecami zmieniający się kalejdoskop – dziecięcą zabawkę, której dzisiejsze maluchy pewnie już nie znają – oprowadzają nas po Krainie Słodyczy pokazując ujmującą delikatność i plastyczność ruchów. I gdy do tego dodać kostiumy…

– Jeśli projektuję, to ma to być dla mnie sztuka, sztuka która jest w harmonii z ruchem. To, co się składa na ten kostium to przede wszystkim rodzaj animacji, która się rodzi poprzez użycie odpowiednich tkanin, choreografię, to również moda, czyli myślenie designem – podkreśla jeszcze przed premierą Agata Uchman, kostiumolog, której stroje robią furorę, szczególnie wyczarowywane przez Drosselmeyera (Piotr Kobierzyński) postaci Arlekina (Mariusz Kowalczyk), Kolombiny (Marta Kowalczyk), Żołnierzyka (Tomasz Gruszecki) i Vivandiere (Natalia Ścibak).

Największymi atutami „Dziadka do orzechów” są jego spójność i wręcz filmowy charakter, wzbudzany dynamizmem przesuwanych po scenie rekwizytów i scenografii oraz grą świateł i efektami multimedialnymi. No i ten balon – nie balon, który zabiera Klarę i Księcia w Świat Słodyczy… Tu każdy znajduje dla siebie cel na tej scenie. Potrafi tę przestrzeń okiełznać i się z nią oswoić. I nawet na co dzień olśniewająca Yuka Ebihara (gościnnie na premierze w roli Cukrowej Wróżki), pierwsza solistka Polskiego Baletu Narodowego, swoją perfekcyjnością nie przekonuje. Choć oboje z Maksimem Woitiulem otrzymują gromkie brawa to wcale nie ich piruety na długo zapadną bydgoskiej publiczności w pamięci… Nie usłyszeliśmy tańca w ich perfekcji, nie zobaczyliśmy muzyki w ich tańcu. Muzyka przemówiła do nas z obrazu, jaki wspólnie namalowali nam twórcy i balet Opery Nova w Bydgoszczy w „Dziadku do orzechów”, tak, aby wszyscy, jak dzieci, mogli przenieść się do Marcepanowego Pałacu. I to dopiero początek pięknej podróży…

zdjęcia: Opera Nova w Bydgoszczy

Reklama