Dynamicznie i subtelnie zarazem – paradoks gwarantem sukcesu

Wiktoria Raczyńska
,

Trudno dzisiaj przykuć uwagę dziecka czymkolwiek, co wymaga skupienia, na dłużej niż 15 minut. O dorastającym właśnie młodym człowieku mówi się nie inaczej, jak – pokolenie Facebook’a. W świecie scrollowanym jednym palcem w telefonie, gdzie obrazy przelatują przed oczami w tempie rozbujanego po torach Pendolino, Coppelia Leo Delibes’a wydaje się stać na straconej pozycji. Tymczasem okazuje się, że ta cukierkowa baśń wciąż się broni. Jaki zatem patent znalazł na młodych odbiorców Jacek Tyski?

Podobnie jak „Dziadek do orzechów” Piotra Czajkowskiego, tak i “Coppelia” Leo Delibes’a skierowana ma być przede wszystkim do młodych. Tak i w jej ocenie skupić powinnam się przede wszystkim na takowej realizacji. A tutaj wszystko praktycznie pasuje. I sięga nie tylko do klasyki baletu, ale przede wszystkim klasyki i klasy najlepszych baśni. Baśni Andersena chociażby, który zwykł porównywać swoje utwory do pudełek – dzieci oglądają opakowanie, a dorośli mają zajrzeć do wnętrza. Och, jakże mi to pasuje do obrazu wymalowanego pastelami przez realizatorów!

Zaczynając więc od pudełka… Czym, jak nie klockami dzieci wciąż uwielbiają się bawić. Tak więc scenografia (Olga Skumiał, światła również) zbudowana jest właśnie z różowo-szarych klocków, ale róż jest tu w odcieniu pudru – delikatny, ulotny, subtelny – nie drażni, a wręcz uspakaja, współgra z nim i jeszcze bardziej wycisza go wspomniana szarość, czy gołębia biel, jak kto woli. Tło zmienia się w zależności od pory dnia lub nocy, ale najciekawiej prezentuje się w równie pastelowym turkusie. Scena wyłożona została czymś na podobieństwo gumy o szklanej poświacie, stąd momentami ma się wrażenie, szczególnie w dolnych sektorach, że tancerze tańczą na wodzie. Pod ich pointami odbija się niebo. Po bokach proscenium mamy też sklepik z torcikami i babeczkami, a po drugiej stronie laboratorium, w którym Aptekarz – albinos (Tomasz Wojciechowski) przygotowuje dymiącą miksturę dla Franza (Paweł Nowicki). Skojarzenia z albinosem nasuwają mi się mimochodem, bo ubrany jest w śnieżnobiały garnitur, a głowę jego zdobi śnieżnobiała peruka. To przebranie to coś znacznie więcej niż zwykły aptekarski kitel, kojarzy się jednoznacznie z chemiczną bielą pastylek i laboratoryjną sterylnością.

W scenie drugiej znajdujemy się w domu dra Coppeliusa (Wiktor Drierewianko), w jego pracowni, gdzie ogromny roboczy stół wyściełany jest niezliczoną ilością luźno rozrzuconych papierów i ksiąg. Ściany zdobią metalowe regały z segregatorami, flakonikami i świecami. Z boku stoją dwa pluszowe fotele. Jak w „Alicji w krainie czarów” – trochę za wielkie. W jednym z nich „utonie” za chwilę w głębokim śnie Franz, zaproszony do poczęstowania się „hipnotycznym” trunkiem. Dr Coppelius w ten sposób chce za sprawą zaklęcia wykraść mu duszę i obdarować nią cudownej urody lalkę, jednak wciąż tylko lalkę. Tło spowija mrok, po którym błądzą działania matematyczne (Piotr Bednarczyk, projekcje multimedialne). Sprawiając, że ten, lekko opętany swoim marzeniem lalkarz, z zadziornie zawiniętą nad beretem grzywką wierzy, że właśnie ją wskrzesił, tymczasem pod nią podszywa się Swanilda (Marta Kurkowska), narzeczona Franza. W scenie trzeciej pojawia się za to imponujących rozmiarów stół weselny z niesamowitą ilością pastelowych tortów i wznoszonych bez opamiętania kielichów. Finałowy obraz dopełnia, spływająca z góry, papierowa girlanda – feeria kolorowych kół z papieru, o różnych fakturach i rozmiarach.

Prawdę mówiąc tyleż samo miejsca powinnam poświęcić strojom. Marta Fiedler oraz firma SoFancy-Paweł Koncewoj to duet, który wie, co czyni. Oboje są doskonałymi tancerzami, a nikt lepiej od nich nie wie, jak bardzo ważne jest, aby strój nie utrudniał ruchów i nie był zbyt dużym obciążeniem. Zaprojektowali oni, a krawcowe Opery Nova uszyły, stroje idealnie wkomponowane z scenografię. Wyróżniają się jedynie soczystością swoich strojów soliści i Coppelie oraz „paryżanki” w chabrowych kulotach, czerwonych plisowanych spódniczkach i bluzkach w grochy lub pasy, z nieodzownymi berecikami. Dla lalek, bo jak zapowiedział Jacek Tyski przed premierą, Coppelia ma wiele twarzy, SoFancy zaprojektowali fantastyczne klasyczne tutu – czarne w białe grochy. Strój dopełnia biało-czarna kokarda na czubku głowy, ale najlepszą część stanowi grzywka w kolorze fuksji i długie, fenomenalnie gęste rzęsy – tak charakterystyczne dla sklepowych lalek, mrugających tymi oczami do dzieci. Tańczą, chodzą, przenoszone są jak kukiełki nakręcane na plecach kluczykiem.

Jedną z najbardziej do tej pory zagadkowych dla mnie postaci w tym zespole był stylista fryzur (Marek Bryczyński). Byłam niezwykle ciekawa, jak uda mu się udowodnić znaczenie jego roli dla spektaklu baletowego, bo na próbach generalnych nie mieliśmy jeszcze okazji się przekonać, tak muszę przyznać, że na premierze udowodnił on ją po stokroć. Choć faktycznie, jak sam zaznaczył, to raczej określenie „szef charakteryzacji”, bo nie chodzi tutaj jedynie o uczesanie, ale również makijaż, byłoby bardziej trafione. Tym niemniej to jemu właśnie zawdzięczamy te fikuśnie wywinięte na sam czubek beretu włosy dra Coppeliusa, te wywołujące zawirowania powietrza, fantastyczne rzęsy lalek i ich neonowe grzywki, perukę Aptekarza, rumiane policzki przyjaciółek Swanildy, czy wreszcie uczesanie Barona (Volodymyr Fortunenko)i Baronowej (Olga Karpowicz, również asystentka choreografa). Baronowa w ogóle, w kolorze bordo, przymierzająca do lustra, co rusz to kolejne lisy, pióra i jedwabne szale do złudzenia przypomina Catherine Zetę-Jones w musicalu Chicago. Tak, zdecydowanie w tym spektaklu „fryzura i makijaż robią świetną robotę”.

Jeśli słyszymy, że przed spektaklem Maciej Figas i Jacek Tyski spierali się co do partytury, to musiało to wyjść „Coppelii” tylko na dobre. Ostatecznie panowie zdecydowali się rozbudować niektóre wątki, aby zdaniem choreografa fabuła nabrała dynamizmu, a postaci stały się „kompletne”. W tym celu, co zdarza się niezwykle rzadko, dodano fragmenty z innego dzieła Leo Delibesa – „Sylvii”. I tak, więcej „głębi” zyskały postaci Barona i Baronowej, Coppeliusa i Aptekarza oraz Burmistrza (Martin Hammer). Dzięki temu zabiegowi, obraz staje się soczysty, unika monotonii, wprowadza na scenę wielu solistów, wyróżniając ich z tłumu. Każdy z osobna ma tutaj swoje przysłowiowe pięć minut. Najlepiej lekcje z Jackiem Tyskim, jeśli w ogóle można kogoś wyróżnić, przepracowali Swanilda, Generał (Tomasz Siedlecki, rewelacyjny!), Baronowa oraz dr Coppelius. W ogóle wielu choreografów podkreśla często w wywiadach, że bydgoski balet potrafi ciężko pracować, słuchać i wyciągać wnioski – to było szczególnie widoczne w niewiarygodnie równych piruetach żołnierzy. Jakby tańczyli wciąż do swoich odbić w sali prób, a nie widowni na scenie. Choć okupili to hektolitrami wylanego potu.

A teraz, zaglądając do wnętrza pudełka… dorosła część publiczności mogła przeglądać się w postaciach malowanych dzięki choreografii Jacka Tyskiego i dyrygenturze Macieja Figasa, jak w lustrze. Każdy z pewnością dopatrzył się kilku analogii do zachowania kogoś ze swojego bliskiego grona. To głównie za sprawą dużej dozy komizmu, który bardzo dobrze podjęli tancerze, szczególnie dr Coppelius i Ksiądz (Mariusz Kowalczyk). Paniom i panom również, choć z innej perspektywy, najbardziej do gustu przypadła scena kaprysów Baronowej przed ślubem, nie mogącej się zdecydować, co na siebie założyć. I to westchnięcie publiczności, gdy Baron zakłada jej na rękę nową bransoletkę, która wreszcie ją satysfakcjonuje… publiczność sama śmieje się ze swojej reakcji. Tego jeszcze nie było w operze! To jedynie dowodzi kunsztu tej pary – na scenę wchodzą dosłownie na chwilę, ale za to jak. I całkowicie zgadzam się z Jackiem Tyskim, iż mimo że pierwowzorem dla Franza, był tytułowy bohater „Opowieści Hoffmanna” Jacques’a Offenbacha to przy tak poprowadzonej fabule nie sposób było go tutaj uśmiercić.

Nie wyobrażam go sobie konającego w tym różu 😊

Reklama