Człowiek się śmieje, dusza wzdycha

Wiktoria Raczyńska
,

Opera komiczna „Awantura w Recco, czyli Drzewko wolności” to komedia tylko z pozoru. Pod szyldem „komiczna” skrywa bowiem nasze najgorsze przywary, a szczególnie przywary „urzędu”, na które próżno szukać rady, a co gorsza i patriotyzmu, który tak często dzisiaj wybrzmiewa z ust polityków, a który sami tak bardzo, od czasu Legionów, zdeformowali. Bo historia dzieje się w 1799 roku… po przegranej nad Trebbią we Włoszech.

„Awantura w Recco, czyli Drzewko wolności” w reżyserii Macieja Wojtyszki i Magdaleny Małeckiej-Wippich zostało wystawione z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w Operze Nova w Bydgoszczy. Nie jest to jednak ani lekka (opera komiczna Macieja Małeckiego), ani łatwa (współczesne libretto Wojciecha Młynarskiego) laurka naszej polskości, ani obraz, jaki nasza władza spodziewałaby się, idąc do opery zobaczyć. To muzyczny poemat o wolności, o tęsknocie do ziemi, mimo że „dowodzą” nią tchórze, złodzieje i karykatury mężów stanu, złagodzony romansem i komicznymi popisami tancerzy w intermezzach.

To dzieło mądre i niestety ponadczasowe, którego rasowe Młynarskie „brzmienie” smakuje się wraz z rosnącą ciekawością aż do samego końca, nie wiedząc przecie, co na scenie robi co rusz to poniewierane tytułowe „drzewko”. Zastosowana na samym początku retrospekcja, w postaci wprowadzenia bohaterów współczesnych – emancypantek, robotników w żółtych gumiakach, sprzątaczki, czy korposzczurów trzyma w suspensie do końca. A rozwiązanie tej zagadki jest na równi Mickiewiczowskie, co i przeraźliwie smutne.

Legionista Tadeusz (Sławomir Kowalewski) po przegranej bitwie nad Trebbią leczy rany w domu burmistrza włoskiego miasteczka Recco Don Alberta (Jacek Greszta). Ku nieszczęściu tego drugiego, w Polaku zakochuje się córka włodarza – Sylwia (Julia Pruszak). Tak rusza cała seria zabawnych (prześmiewczych) perypetii bohaterów Recco…

Ogromne wrażenie robi scenografia Wojciecha Stefaniaka, która znajduje się również w nawach bocznych sceny w formie jakby tryptyków, prezentujących krajobraz włosko-polski. Gdy Tadeusz zwabiony na schadzkę z Sylwią do antycznych ogrodów bije się z myślami o tęsknocie za krajem nagle roślinność śródziemnomorska ustępuje polskim wierzbom, a z orkiestronu dobiega z wyczuciem poprowadzona przez Annę Duczmal-Mróz rzewna nuta mazura, poloneza i kujawiaka, w myślach Tadeusza tańczą pary w ludowych strojach. I żadne akademie i koncerty dawno mi tak o polskości nie przypomniały, jak ta prosta scena zapomnienia i nostalgii za domem… „La musica e poi le parole”.

Ale trzeba wracać do rzeczywistości. U burmistrza zaczyna się bal z okazji jego 50 urodzin. Don Domenico (Szymon Rona) bezskutecznie próbuje nauczyć burmistrza pieśni dziękczynnej za ofiarowane mu przez gości prezenty. Adam Zaremba wykazuje się również sporym komizmem w scenie ideologicznej walki z Tadeuszem na temat wyższości śpiewu włoskiego nad polskim, ale czy tylko o śpiew tutaj chodzi? Nawet widzowie obdarowani ulotkami podczas intermezza muszą „pod karą administracyjną” nauczyć się „pamięciowo i wokalnie” utworu „Niech nam żyje Ojciec Miasta”.

Kolejna przerwa podczas zmiany scenografii jest jeszcze zabawniejsza, bo oto na widownię wkraczają Barbareskowie pod wodzą kobiety (Darina Gapicz). Kiedy moim oczom objawia się ta długonoga, o bezczelnym spojrzeniu blond-szelma w pamięci przywołuję rolę Geeny Davis w Wyspie Skarbów z 1995 roku. Tymczasem „nasi” piraci (kostiumy Wandy Kowalskiej) szaleją między rzędami krzeseł, tnąc siekierami, ale i podrywając bydgoskie niewiasty ku zaniepokojeniu ich mężów.

Barbareskowie szykują się do ataku na Recco, zachęceni niecną intrygą uknutą przez Orlanda (Łukasz Gaj), który zakochany w Sylwii, planuje w podstępny sposób pozbyć się Tadeusza. Nie wie natomiast, że jego plany spiskowe podsłuchała wspomniana właśnie Włoszka.

W ten sposób dochodzi do rzeczy niebywałej – w obliczu rychłej potyczki o miasto, mężczyźni truchleją, a do walki stają kobiety. O pomoc proszą Tadeusza, który nie waha się ani chwili. Nie mając amunicji, wymyślają sprytny fortel, który ostatecznie daje im zwycięstwo nad piratami. Włosi, widząc, że ich kobiety, dzierżąc w dłoniach parasole wyglądają groźniej niż oni uzbrojeni, przyłączają się do nich, aby nie okryć się hańbą na wieki. Recco broni się, a wielka w tym zasługa fenomenalnie grającego Rybaka (Bartłomiej Kłos), który w czas zawiadomił mieszkańców o zbliżającym się do miasta pirackim galeonie.

Nie wspomniałam jeszcze ani słowem o choreografie, choć już wcześniej zapowiadałam, że jego rola może być znacząca dla sukcesu tego przedstawienia – Jarosław Staniek – wielkie gratulacje, w szczególności za „omdlenie” jednego z Rajców. Tak prawdziwe, że aż chce się wołać „Pogotowie!”.

Trzeba przyznać, że ta opera komiczna jest niezwykle wymagająca pod względem aktorskim. I to zarówno dla solistów, co i chóru (Henryk Wierzchoń). Od melorecytacji, po sceny zbiorowe – zwracanie się bezpośrednio w stronę widowni jak na zastygłym obrazku, przypominającym zdjęcia w gazetach z marszy i kontrmanifestacji, rocznic smoleńskich, wieców i strajków pod Sejmem. Takie obrazy policji z pałkami broniącej się przed napierającym tłumem… i wyobraźnia robi swoje.

Najtragiczniejszy jest jednak widok wykradających z sejfu miejski majątek czterech Rajców (Krzysztof Zimny, Jakub Zarębski, Kamil Olpiński i Jonasz Dunajski). Ich postawa wobec sytuacji problemowych dotykających Recco, brak jednoznacznego stanowiska, wizji, podlizywanie się i tchórzostwo mimo niezwykle dowcipnej interpretacji scenicznej, chyba bodaj najmocniej zostaje w naszej pamięci po spektaklu. I chyba nie tylko nam, zwykłym gościom, bo ci „specjalni” wydaje się, że w tym samym czasie niezbyt specjalnie się bawią. I wszyscy dość długo nie wiemy czy wypada, czy nie wypada oklaskiwać to niezwykłe dzieło na stojąco…

Przyszło mi ten spektakl oglądać z Polakami mieszkającymi na Litwie. Zastanawiam się, jak mocne i ważne było dla nich przesłanie kompozytora Macieja Małeckiego i librecisty Wojciecha Młynarskiego. I jeszcze bardziej uczę się rozumieć, dlaczego z takim bólem i łzami od nas wyjeżdżają, czego my często – co pokazała właśnie tytułowa „Awantura…” nie doceniamy, póki nie stracimy…

zdjęcie: Andrzej Makowski

Reklama