Cieszę się, że jesteś… w goglach VR

Wiktoria Raczyńska
,

„Nietota” Krzysztofa Garbaczewskiego, która pojawiła się aż trzykrotnie podczas Festiwalu Prapremier w Teatrze Polskim w Bydgoszczy to spektakl dla ekstrawertyków i miłośników gier komputerowych. Każdy kto choć trochę odbiega od tego wzorca będzie miał z tym przedstawieniem problem, jego realizatorzy chyba również.

Wiedząc, że spektakl realizuje grupa Dream Adoption Society, a choreografię tworzy Iza Szostak ma się świadomość, że zaraz zobaczy się coś naprawdę po raz pierwszy. Szkoda tylko, że też posmakuje…

A wykorzystanie dodatkowo w spektaklu gogli VR wzbudza tyleż niepewności, co i podekscytowania (pierwszy raz miałam z nimi styczność podczas festiwalu Camerimage w Bydgoszczy). I mimo, że artyści, co rusz powtarzają, że możemy przyłączyć się w dowolnym momencie, nic na siłę, to i tak powoli świadomie lub nie wywierają presję, szczególnie po wejściu w świat wirtualnej rzeczywistości.

W spektaklu wykorzystane są fragmenty „Nietoty” młodopolskiego pisarza, Tadeusza Micińskiego, któremu zarzuca się chaos w treści. Obraz jaki artyści starają się wykreować w naszej wyobraźni, zabiera nas w góry, do „samiuśkich Tater”. Żałuję tylko, że muzyka i ciągła koncentracja uwagi na tym, w co uwikłają nas znowu tancerze nie pozwala skupić uwagi na słowie, które do łatwych nie należy.

Na małą scenę teatru wchodzimy z drzewkami różnych kształtów, rozmiarów i kolorów. Niektóre z nich załączone mają bateryjki i głośniczki, a po naciśnięciu guzika emitują różne dźwięki – szum fal, odgłosy zwierząt, spuszczanie powietrza z balonika. Niektóre, jak moje, nie posiadają takiego sprzętu. Jednak pani, która wita mnie na scenie pociesza, że na pewno bogate jest za to wewnętrznie. Wewnętrznie – faktycznie nie mam sobie nic do zarzucenia, ale żeby od razu w nowym otoczeniu tańczyć góralską (trudną, jak mówi sam tancerz) choreografię już na pewno. Zresztą jest niedziela i do teatru przychodzę z rodzinnego śniadania, ubrana w buty na obcasie i spódniczkę. Mogli zaznaczyć, że strój powinien być wygodny. Ten sam problem z radosnym tańcem w podskokach ma wiele innych osób. Ok, mówią że nie muszę – szanują mój wrodzony długi czas aklimatyzacji w nowym otoczeniu – szanuję i ich.

Jednak, gdy zakładamy okulary VR sytuacja diametralnie ulega zmianie. Od razu słyszymy polecenia, gdzie mamy się udać, zdobyć totem, i jak podskakiwać. Ktoś, taki jak ja, kto ma problem z błędnikiem, co zresztą zgodnie z wytycznymi zgłosiłam obsłudze, nie może tej instrukcji w pełni przestrzegać jeśli chce wytrwać do końca. Po tym jak mam spojrzeć w niebo, podskoczyć jak najwyżej i następnie spojrzeć w dół, świat zaczyna mi od razu wirować, jak bacy po bimbrze. W świecie VR też przebywamy w górach. Jednak wiedząc, że muszę ruszyć się z miejsca próbuję bouncować (odbijać się od podłogi) w miarę swoich możliwości. Powoli, choć niechętnie akceptuję również fakt, że tancerze co rusz naruszają moją strefę komfortu, dotykając mnie, czy wydając dzikie dźwięki prosto do ucha. Z przykrością uświadamiam sobie, że moje drzewko odeszło w niepamięć i już go więcej nie zobaczę. Nadając mu imię „Nic” („Koń” zabrał mi kolega) chyba mu to wykrakałam.

Mimo mojej ewidentnej powściągliwości ruchowej miałam dużo szacunku dla realizatorów, prowadzącego wręcz do fascynacji nowością i świeżością spojrzenia na teatr, przekraczaniem granic, zastosowaniem nowych technologii w powiązaniu z jednoczesnym deklamowaniem wywodów Arjamana. Do dzisiaj w pamięci tkwi mi inny obraz Izy Szostak – „Balet koparyczny” wystawiony w Bydgoskim Centrum Targowo-Wystawienniczym w Myślęcinku. A takich artystów ceni się szczególnie, bo jest ich jak na lekarstwo. Klasa zespołu wydawała mi się tutaj bezsprzeczna do momentu gdy… nie spróbowano włożyć mi do ust przeżutej gumy do żucia! Na szczęście gogle VR i tak już na tyle zaburzyły moje poczucie bezpieczeństwa, że czując, gdy ktoś próbuje na siłę wcisnąć mi coś do ust, sprawił, że jedynie je jeszcze mocniej zacisnęłam i odsunęłam stanowczo głowę (o gumie do życia dowiedziałam się po fakcie).

Ten „przemiły” gest zawdzięczam Maciejowi Gniademu, albo Mateuszowi Świderskiemu. Nie wiem, jaki artystyczny zamysł tkwił w głowie reżysera, bo zakładam, że doszło do tego za jego zgodą, ale i tak powinno to mieć coś wspólnego ze sztuką, a tego akurat trudno się tutaj dopatrzeć. Myślę sobie, że gdybym jednak wtedy otworzyła usta, to stwierdzenie „rzygam Garbaczewskim” mogłoby nabrać znamion dosłowności.

Jeśli celem nadrzędnym spektaklu było wykreowanie wspólnotowości grupy, na którą składały się zapewnienia o tolerancji wobec różnych osobowości, a po wielkiej gonitwie wprowadzania w odprężający trans, to w moim przypadku efekt jest odwrotny do zamierzonego – ja się z takich doświadczeń na sobie wypisuję.

A i powitalne „Cieszę się, że jesteś” brzmi mi teraz jakoś nieszczerze.

Reklama