Balet ma głos

Wiktoria Raczyńska
,

Często jest jakby tłem do spektakli operowych, operetkowych, musicali, a tymczasem to balet szkolony przez najlepszych choreografów na świecie, balet z ambicjami, który aż krzyczy, że chce wyjść z cienia.

Co kilka miesięcy na warsztaty z baletu współczesnego przyjeżdża do Opery Nova Anna Nowak, współpracująca obecnie z jednym z najbardziej kreatywnych – wręcz wizjonerów tańca – Waynem McGregorem. „Fascynacje”, stworzone pierwotnie dla znakomitych europejskich i amerykańskich zespołów, zostały przekazane niejako jedynie baletowi Opery Nova. Bydgoska publiczność będzie mogła je ponownie podziwiać 28 i 30 września. Choreografię do nich stworzyli jedni z najlepszych na świecie – Włoch Mauro de Candia oraz Fin Jorma Elo. „Fascynacje” to pięć z pozoru niczym nie połączonych historii Maura: „Auf Suche”, „Lacrimae” i „Something I Had in Mind” oraz Jormy:„Brake the Eyes” i „1st Flash”. To już 9 i 10 edycja tego spektaklu i widzowie już wiedzą, czego się spodziewać, ale na początku był szok.

– Można tak powiedzieć – przyznaje Ilona Jaświn-Madejska, kierownik baletu. – Było wielkie niedowierzanie, że tancerze tańczą i przede wszystkim, że mówią na scenie – wspomina. – To kwestia schematów, w których bydgoska publiczność nas ulokowała. Generalnie cały ten wieczór baletowy – „Fascynacje”, które są z pozoru pozbawione treści, są wielkim novum dla tej publiczności. Dotyczy to zarówno samego wykonania, jak i pozostawienia odbiorcy własnej interpretacji tego, co my „gramy” na scenie. To, m.in. w „Brake the Eyes” Olga Marczak wypowiada słowa, w których istnienie nikt nie wierzy, a ona naprawdę ma mikroport i mówi tańcząc. Co też jest dla niej ogromnym wyzwaniem, ponieważ przy intensywnym ruchu pojawia się zadyszka i stres. Chociaż w „Brake the Eyes” jest on nawet wskazany, bo to jakby wiwisekcja artysty. Pokazanie go od innej strony, z czym się boryka na co dzień, to że za tym uśmiechem i pięknym strojem kryje się często smutek.

No właśnie, smutek pojawia się często, gdy mówimy o tym, jak bardzo balet stara się udowodnić bydgoskiej publiczności, że stać go na wiele, a wciąż jakby pozostaje w cieniu.

BY130308_0377– Właściwie wszyscy – tancerze, każdy z osobna, jak i balet jako całość – przełamujemy pewne stereotypy – przyznaje Ilona Jaświn-Madejska. – Bydgoszcz przez dłuższy czas postrzegana była jako zaścianek, a balet jako zespół prowincjonalny. Zarówno moi poprzednicy, jak i ja w ciągu czterech ostatnich lat starałam się ten stereotyp obalić. Chcieliśmy pokazać zespół, który ma ogromny potencjał i niezmierzone pokłady możliwości, z których nie zawsze zdaje sobie sprawę. Trochę jest też tak, że publiczność bydgoska przyzwyczaiła się do baletów fabularyzowanych i łatwiej jest odbiorcy przyjść na spektakl, gdy wie, o czym on będzie. My chcemy obalić kolejny stereotyp – chcemy zaskakiwać widza – mówi z iskrą w oku kierownik baletu. – Jest to dlatego tak wspaniałe dla niego, że przychodzi i sam w zasadzie staje się też trochę kreatorem, bo ma możliwość napisania scenariusza do spektaklu. Widzi trójwymiarowy obraz, słyszy piękną muzykę, potrafi uruchomić swoją wyobraźnię i wydobyć z niej coś charakterystycznego tylko dla siebie. Może obejrzeć spektakl kilka razy i za każdym kolejnym będzie to dla niego nowe otwarcie. My chcemy nie tylko tańczyć dla bydgoszczan, chcemy z tą widownią współistnieć na scenie, tak jak to robi Boston Ballet, dla którego Jorma Elo stworzył tę choreografię.

Jak to się stało, że takie sławy, jak Mauro de Candia i Jorma Elo zaufali naszemu zespołowi?

– Najpierw było duże zaskoczenie, że Elo przyjął propozycję – przyznaje pani Ilona – stąd na początku nastawiliśmy się na to, że będzie tylko jedna część jego choreografii, być może we fragmentach druga. Z czasem jednak Elo przekonał się, bo też jakby na początku był jak dziecko we mgle – nie wiedział, czego może się po nich spodziewać, że ci ludzie ciężko pracują, a on potrafi z nich wydobyć potencjał, z którego oni sami nie zdawali sobie do tej pory sprawy. Także jesteśmy tym bardziej zadowoleni, że możemy pokazać bydgoskiej publiczności produkcję jego pełnych dwóch choreografii.

Co o pracy z tak wymagającym choreografem mówią sami tancerze?

– Poziom był naprawdę wysoki – przyznaje Tomasz Siedlecki, bardzo obiecujący, młody tancerz. – Zaskakujące dla mnie jest jednak to, że mimo wszystko wcale nie odczuwałem trudu tej pracy. Może dlatego, że tak potrafił wyzwolić w nas pasję. I to jest właśnie fajne w choreografiach Jormy, że ta pasja aż sama się ciśnie, żeby ją pokazać. Gdy tańczę jego układy, czuję, że robię to nie tylko ciałem, ale że wręcz cała moja dusza aż płynie. I tylko czekałem, aż będę mógł się odezwać na scenie. Uwielbiam robić rzeczy wykraczające poza pewne schematy. Człowiek nie wygłupia się przecież na scenie, bo nie może, a jak każdy czasami ma na to ochotę – mówi otwarcie Tomasz Siedlecki.

– Dokładnie – potwierdza Marta Kowalczyk, koleżanka z zespołu, podobnie jak Tomek solistka. – Nie mieliśmy żadnych zahamować. Zawdzięczamy to głównie pracy z Jormą – on był tak otwarty na to, co my możemy mu wykreować. Nawet niektóre zadania aktorskie wręcz dodał – wcześniej ich nie było.

– Na początku sugerowaliśmy się tym, co widzieliśmy wcześniej, m.in., w Bostonie, ale on nam wciąż powtarzał, żebyśmy stworzyli własną jakość – mówi Ilona Jaświn-Madejska. – Klimat, w jakim pracowaliśmy z Jormą, był niesamowity. Choć nie można powiedzieć, aby uzewnętrzniał emocje. Tym cenniejsze i zaskakujące dla zespołu były rzadkie momenty, gdy ten skandynawski chłód rozsadzało jakieś uczucie. Nagle bił brawo, klękał przed nimi, cieszył się, że coś się udało. To było dla nich równie cudowne, co szokujące zarazem. Natomiast zwykle nie okazywał emocji. Był bardzo skupiony na tym co widzi i w dość oszczędny sposób potrafił wydobyć od tancerzy to, o co mu chodzi. Ten sposób, patrząc po efektach, okazał się bardzo trafiony.

Zupełnie innym typem nauczyciela był Włoch Mauro de Candia.

_62D6153– Mauro, dużo młodszy od Jormy, choć już z ogromnym doświadczeniem, bardziej trzymał balet w ryzach i wszystko musiało być dokładnie tak zrobione, jak on pokazywał – opowiada pani Ilona. – U niego, w przypadku dwóch choreografii, z góry było wiadomo, jak będą wyglądały. „Auf Suche” jest właściwie dokładnym skopiowaniem tego, co Mauro już wcześniej stworzył. Tak samo „Something I Had in Mind”. Na moją prośbę Mauro zwiększył zespół w „Something…” o jedną parę (pierwotnie były tylko cztery), więc pewne modyfikacje zaszły. Oczywiście choreografię dopasował też do charakteru tancerzy, ponieważ to groteska, więc można wskazać gdzie ma być śmiech, ale dużo zależy od samego tancerza. Bardzo ważna jest też, o czym często im mówię, komunikacja z widownią, szczególnie w Something… właśnie. Bo tam nie ma pustych gestów. One muszą być czytelne dla widza.

Choreograf jest, pilnuje swojego dzieła, ale potem przychodzi moment, kiedy wyjeżdża, a dzieło musi dalej trwać w tej samej kondycji. I w tym już głowa pani Ilony…

– Za każdym razem staramy się ten spektakl pokazać jak najlepiej, jakby to zawsze była premiera – zapewnia pani Ilona. – Nie odbiegając jednocześnie od założeń choreografa. A raczej na bazie tego, co stworzył, próbujemy to dzieło jeszcze wzbogacać. Taki cel stawiamy sobie w odniesieniu do każdego spektaklu, baletu, operetki, opery, czy musicalu. Dbamy o to, aby tancerze się rozwijali. I mamy nadzieję, że bydgoska publiczność też to widzi i docenia.

opis zdjęć dzięki uprzejmości Opery Nova:

zdjęcie 1 (grupowe) w choreografii „Something I Had in Mind” Mauro de Candii

zdjęcie 2 (Olga Marczak, 1. solistka) w choreografii „Brake the Eyes” Jormy Elo

zdjęcie 3 (Wiktor Dierewianko, 1. solista – z lewej) podczas próby z Jormą Elo

Zapraszamy serdecznie na Fascynacje, 28 i 30 września, na godzinę 19.00 do Opery Nova w Bydgoszczy

Reklama