Aborcja w latach 30. i dziś

Wiktoria Raczyńska
,

Premiera Teatru Polskiego w Bydgoszczy jest propozycją skierowaną przede wszystkim do widzów festiwalu Prapremier, ale nie tylko oczywiście. Festiwal rozpoczyna się 5 października (program festiwalu w naszym Kalendarium) i trwa do 14 października. Tymczasem bydgoska premiera „Sprawa. Dzieje się dziś” w reżyserii Martyny Majewskiej już dzień później, 6 października na Małej Scenie.

„Sprawa. Dzieje się dziś” to opowieść o trzech kobietach. Każda inna, każda ma w życiu inne priorytety. Jest i mężczyzna, ale nieobecny i obecny zarazem. Jest i problem. To aborcja.

Martyna Majewska i Daria Sobik postanowiły dokonać adaptacji dramatu Marii Morozowicz-Szczepkowskiej. Autorki  odtworzyły najpierw sam dramat, aby następnie, zgodnie z japońską filozofią złotych blizn (Kintsugi) go „połamać”.

– Projekt uważam za ryzykowny z wielu powodów. Teatr podjął się trudnego tematu, bo aborcja na pewno do takich należy, choćby dlatego, że społeczeństwo polskie wciąż jest podzielone w tej kwestii. Istnieje też ryzyko, że to nie będzie teatr, a raczej publicystyka, albo że będzie tandetnie, albo też że pojedziemy bardzo ostro i automatycznie wykluczone zostaną jakieś osoby, które myślą inaczej – zauważa Łukasz Gajdzis, dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Festiwal otwiera Maja Kleczewska z Teatru Śląskiego spektaklem „Pod presją”. My też chcemy pokazać, że skoro już bawimy się tym hasłem Nie/Podległa to też nie odpuszczamy.

Dyrektor teatru podkreśla, że to Daria Sobik wręcz go „wychodziła” przed festiwalem. To ona przez długi czas powtarzała, że skoro teatr robi niepodległą, to koniecznie trzeba podjąć również wątek podległości względem siebie.

– Chciałabym, aby widzowie po wyjściu ze spektaklu zadali sobie pytanie nie „Po co?” tylko „Dlaczego?” – mówi wspomniana wyżej Daria Sobik, dramaturg. – Pewnego wieczoru Martyna zaczęła mówić po japońsku i padło słowo „kintsugi”. „Kintsugi” polega na łączeniu pękniętych naczyń złotą laką, która nadaje temu naczyniu większą wartość. Ta filozofia mówi o tym, że wszelkie cierpienia, rzeczy, które nas krzywdzą, przeżycia tak naprawdę są naszym bogactwem i czymś co nas łączy, a nie dzieli. Ta metoda przełożona została przez nas na formę – podczas przebiegu oryginalnego tekstu pojawiają się pęknięcia (na przykład cytaty). O aborcji mówią już wszyscy i mówią bardzo pewnym głosem i ten wielogłos zaczął nas w jakimś momencie męczyć i ten wielogłos chciałyśmy w tym spektaklu zawrzeć.

Aktorki (Dagmara Mrowiec-Matuszak, Małgorzata Witkowska, Paulina Wosik) najpierw zainscenizowały oryginalny tekst, a następnie przystąpiły do pracy nad tworzeniem „pęknięć”. To będą zarówno cytaty filozoficzne, głosy publicystyczne, piosenki (Ina West), jak i nagrania video (VJ Emiko). Można go nazwać rodzajem eksperymentu scenicznego.

– Ta adaptacja jest naszym wspólnym dziełem. Tutaj każdy ma wpływ na wszystko i to, co powstaje na scenie jest efektem ciągłych negocjacji. I dopiero gdy zbudowałyśmy trzon spektaklu zaczęłyśmy się zastanawiać, w których momentach go rozerwać. Nie chodzi tu jednak o to, aby pokazać chaos, tylko paletę wszystkich możliwych głosów i nie dać bardzo prostej odpowiedzi na bardzo trudne pytanie. To spotkanie ma być polifonią – tłumaczy Martyna Majewska, reżyserka.

– To było piekielnie interesujące i jednocześnie bardzo niedobre – przyznaje Dagmara Mrowiec-Matuszak. – Nagle okazało się, że tak po prostu stworzyć pęknięć się nie da. Po nich my wciąż musimy wrócić do sceny sprzed pęknięcia, a one są na bardzo wysokich diapazonach emocjonalnych i powrót do poprzedniej emocji okazuje się wcale nie być taki prosty.

– Gramy taki typowy rozwój postaci, co w teatrze już nam się dzisiaj tak często nie zdarza – podkreśla Małgorzata Witkowska.

– Oryginał powstał w latach 30., ale już po pierwszym czytaniu obie z Martyną miałyśmy taką refleksję, że w zasadzie niewiele się zmieniło od tamtego czasu. I, równolegle do czytania tego dramatu, wpadł nam w ręce tekst Virginii Woolf pt. „Własny pokój”, w którym było dla nas dużo inspirujących przemyśleń na temat tego, dlaczego kobiety nie mają własnego pokoju. A to jest podstawa przy tworzeniu czegokolwiek, chęć posiadania własnego miejsca pracy, biurka, gdzie można się skupić, odseparować od zewnętrznych spraw. I tak się pojawił pomysł na scenografię. Na środku stoi biały pokój, ale aktorki przemykają gdzieś pod ścianami i, zdradzając już jakby całą konwencję spektaklu, żadna do niego nie wchodzi. Jest to dla nich pewnego rodzaju stan nieosiągalny. Majaczy na pierwszym planie, jak enigma. Drugim tematem jest brud w życiu codziennym, z którym kobiety sobie radzą. A czystość, którą symbolizuje pokój, jest po prostu niedostępna – zdradza rolę poszczególnych elementów scenografii Anna Haudek. – Kostiumy aktorek są transparentne, bo ciało również odgrywa tutaj bardzo ważną rolę.

– Stale dokonywałyśmy autocenzury. I o tym też pisze Virginia Woolf – że twórca tylko wtedy wyraża siebie, kiedy jej ciągle nie wprowadza. I my, będąc takim babskim squadem, odpuściłyśmy dopiero gdzieś w połowie – przyznaje reżyserka. – Ale na początku absolutnie brnęłyśmy w tym kierunku, jednocześnie udowadniając sobie ważność naszej sprawy, czyli tego, że my jako dziewczyny, autorki, artystki ciągle nie przyznajemy sobie prawa do pełni swojej własnej, twórczej myśli. Zastanawiamy się zaraz po wymyśleniu pomysłu, idei, koncepcji wizualnej, autorskiej jak ona zostanie oceniona i zaczynamy oceniać się wzajemnie. I oczywiście w tej domniemanej ocenie jest męskie oko. Mam nadzieję, że gdzieś w połowie udało nam się uwolnić od tego. I dopiero wtedy, gdy literatura, czy dane dzieło nie będzie buntem, nie będzie złością, albo nie będzie zemstą wobec tego kto będzie czytał, będzie udane.

Bardzo trudno jest zachować obiektywizm i dystans do spraw, które nas osobiście dotykają, a jednocześnie pozostać merytorycznie intrygującym, dzięki czemu widz rzeczywiście wyjdzie z teatru pytając „Dlaczego?”.

– Najważniejsze było dla nas to, aby nie robić tego właśnie z wściekłości. Oglądając mnóstwo materiałów, filmów, czytając bardzo skrajne opinie na temat tego, że patriarchat rządzi światem w pewnym momencie pomyślałyśmy, abyśmy właśnie nie wpadły w tę pułapkę mówienia w sposób bardzo agresywny, bardzo wyśmiewający. Bo to by wtedy nie zadziałało– przyznaje Daria Sobik.

Spektakl do zobaczenia już 6 października, o godzinie 19.00 ma Małej Scenie. Ponownie 7 października, o godzinie 16.00. A następnie po krótkiej przerwie 30, 31 i 3 listopada, o godzinie 19.00 oraz 4 listopada, o godzinie 16.00. Na premierę jak i spektakle popremierowe bilet normalny kosztuje 60 zł, a ulgowy 40 zł.

Reklama